Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog parentingowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog parentingowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2014

Tydzień w zdjęciach

Przez ostatnie kilka dni zupełnie nie mogłam znaleźć chwili na spłodzenie notki. W głowie aż mi kipi od naglących tematów, ale ujścia dla nich nie znajduję, bo zwyczajnie brak mi energii i czasu. Gniewko wymaga więcej uwagi, choć nie mogę na niego narzekać - w nocy śpi całkiem nieźle, budzi się zazwyczaj tylko raz między 24.00 a 7.00 rano, w okolicach 4.00. Czasem pozwala pospać dłużej, czasem krócej, ale nie jest źle. Choć wiadomo, że zawsze noc przerwana dłuższą pobudką nie nastraja pozytywnie do porannego wstawania… Właściwie czuję się coraz bardziej zmęczona, bo zamiast odsypiać za dnia w czasie Gniewkowych drzemek - zajmuję się sprawami, których nie jestem w stanie ogarnąć kiedy Gniewko nie śpi. Między innymi nadrabiam zaległości z obrabianiem zdjęć na Zuzanna Fotografuje, bo nie działo się tam ostatnimi czasy zbyt wiele, choć materiał do obróbki jest. Ponadto mam wielkie plany na wielkich elaboratów tutaj pisanie, ale… no właśnie. Ciężko. Nie wiadomo w co ręce włożyć… 
Tymczasem w ramach rekompensaty posłużę się instagramem do streszczenia naszego ostatniego tygodnia. 

ps. Gniewko wczoraj miał dobry dzień - ciągle się uśmiechał. Mimo pierwszego szczepienia, którym go wczoraj właśnie uraczyliśmy :( Niestety dzisiaj temperatura podskoczyła wieczorem do 38 stopni, ale po konsumpcji cyca spadło w ciągu pół godziny do 37! Szok. Mam nadzieję, że do jutra już nie wzrośnie i Gniewuś będzie jak nowy :)




sobota, 15 marca 2014

Kartka z kalendarza. Portret lutowy

Kolejna kartka z kalendarza narysowana. Styczeń był z zamkniętymi oczami.

A jako bonus - uśmiechnięty Gniewko i jego matka w amoku piejąca z zachwytu :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Dzień Kobiet

Jak wszystkim powszechnie wiadomo - w sobotę był Dzień Kobiet. Wiecznie żywy relikt PRL-u, ale jakże miły! Tylu mężczyzn z kwiatami w ręku nie sposób spotkać żadnego innego dnia.

Nawet ja dostałam kwiaty (!), choć mój mąż jest ich patologicznym wręcz wrogiem. Dotyczy to zarówno żywych jak i martwych roślin. Żywych - bo trzeba je podlewać i o tym pamiętać, a martwych - bo są martwe :)







Jak widać na załączonym obrazku - otaczają mnie jelenie :)

Dzień zaczął się jak co tydzień, w sobotę - przy śniadaniu i przy akompaniamencie Śniadania w Trójce.
I z jajecznicą w pakiecie.






Gniewko grzecznie obserwował sytuację ze swojego stanowiska, choć minę miał nietęgą (ale starał się bardzo nie przeszkadzać :)



W planach był nasz wypad na obiad do restauracji i wypad Gniewka z dziadkami na długi spacerek.
Ale wcześniej trzeba się było przygotować do wyjścia - włosy umyć, wyprostować, pomalować się, ubrać itd. To znaczy - ja musiałam, bo Mieszko sobie postanowił wybrać się do sąsiedniego miasta rowerem i wrócił po półtorej godziny. Wrócił i patrzy na mnie. Mierzy mnie wzrokiem. A właściwie moje nowe legginsy i pyta:
- A co to?
- Legginsy takie sobie kupiłam.
- I to ci się podoba?
- No. A co?
- A nie sądzisz, że to jest takie trochę satanistyczne?

Kurtyna. Oklaski.

A oto satanistyczne legginsy :)


Na obiad wybraliśmy się do mojej ulubionej (od jakichś 15 lat) restauracji chińskiej. Trochę się zastanawiałam czy nie wybrać jakiegoś nowszego, modniejszego lokalu, ale ostatecznie wygrała tradycja i moja słabość do chińszczyzny, na którą mam ochotę zawsze i wszędzie. Przebudowy w centrum Katowic nieco utrudniły nam dojazd na miejsce, ale jakoś dotarliśmy. Ja zamówiłam mój standardzik - nie jestem ryzykantką w kwestii nowych smaków. W zupełności usatysfakcjonowała mnie konsumpcja zupy bambusowej, ryżu z warzywami i kurczaka w sosie słodko-kwaśnym :) 



Kiedy robiłam nam te zdjęcia - naszły mnie wspomnienia jak to ostatni raz fotografowałam chińskie jedzenie :) A było to podczas naszej podróży poślubnej - we wrześniu 2012. Restauracja nazywała się Yan Flower i mieściła się w Santa Cruz, w Californii. Trafiliśmy do niej zupełnie przypadkiem, słysząc niebywale pochlebne opinie od przechodniów. Ceny okazały się bardzo korzystne - za dwa pełne obiady zapłaciliśmy jedyne 8 dolarów i było pysznie! Wnętrze pozostawiało wiele do życzenia, ale zupełnie nie miało to znaczenia. Nigdzie nie jadłam lepszego jedzenia - no i znalazłam fajną wróżbę w chińskim ciasteczku.


A to zdjęcie mojego obiadu z Santa Cruz :)


Natomiast wracając do domu, przejechaliśmy się przez lokalny, śląski Bronx i na zakończenie dnia pstryknęłam kilka zdjęć z auta.





czwartek, 6 marca 2014

Uśmiech, mąż i spacerki.

Te kilka zdjęć podczas karmienia zrobił ostatnio mój mąż. 



Nie miałam w planach pisać dziś zbyt wiele z racji czasu. Gniewulek ostatnio zrobił się nieco bardziej wymagający. Uporządkowany cykl dnia obfitujący w długie, trzygodzinne drzemki to jednak na dzień dzisiejszy przeszłość. Owszem, zdarzy się i taka - szczególnie w czasie spacerów. Nie mniej jednak okresy snu w czasie dnia znacznie się skróciły, podobnie jak wydłużyły się okresy marudzenia z różnych, nieznanych matce powodów. Szum już nie wystarcza, bywa, że wspomaga nas smoczek, choć nie bardzo chcemy. Ale jest i nagroda, dawkowana powoli,w coraz większych ilościach - UŚMIECH! Coś pięknego. Nie do opowiedzenia - taką radość czuję kiedy moje dziecko odwzajemnia mój uśmiech. No i mamy za sobą pierwszą noc tylko we dwoje - ja i Gniewko. Poradziliśmy sobie nieźle - choć mały zasnął porządnie dopiero o 23.00, to zafundował mi tylko jedną pobudkę nocną na karmienie - o 3.00, a potem spał już do godziny 8.00 rano. Wzorowo.

A poza tym? Mój mąż skończył parę dni temu 36 lat. Co roku robiłam dla niego taki rysunek - niestety w tym mi się nie udało, z racji braku czasu :( Wspomagam się stuningowanym rysunkiem sprzed dwóch lat. O tym:


Z tej okazji kilka słów o moim mężu.

Mój mąż jest świrem. Pozytywnym, rzecz jasna, chociaż nie ukrywam, że czasem działa mi to na nerwy. Ale jak można nazwać kogoś kto po wieczornym powrocie po dwóch dniach do domu (i nocce spędzonej na karimacie w pracy) - o godzinie 22.00 jak gdyby nigdy nic pedałuje zawzięcie na rowerku stacjonarnym tak, że pot (autentycznie!) leje się strugami na podłogę, oglądając jednocześnie  program o zawodach triatlonowych na Hawajach? Mój mąż chce zrobić triathlon, więc chodzi na basen, biega i jeździ na rowerze w każdej wolnej chwili (z wózkiem też już biegał), chociaż nie przesypia nocy i pracuje całymi dniami. Do tego musi też od czasu do czasu zrobić coś miłego dla mnie, żebym nie robiła mu wyrzutów, że za dużo czasu poświęca sportowi ;) 

Mój mężu, jesteś kosmitą :)

A na zakończenie kilka obserwacji z moich spacerków z wózkiem:




niedziela, 2 marca 2014

Last week

Dziś mało tekstu - za to kilka zdjęć z ostatniego tygodnia.

Ostatnio Gniewko daje nam trochę w kość. I częściej ma taką gniewną minę.




Wciąż wypatruję uśmiechu na jego twarzy i czasem taki krótki uśmieszek dostrzegam, niestety jeszcze nie udało się go uchwycić w kadrze :)


Nasza kołyska z odzysku to dobry zakup. Mała i mobilna - coś, co przydaje się, kiedy nie ma zbyt wiele miejsca pod ścianą. Niedługo trzeba będzie zrobić małe przemeblowanko.




A 1 marca zawisła u mnie flaga. Jak co roku, ale tym razem w nowym miejscu.

czwartek, 20 lutego 2014

Biały szum

Słyszeliście kiedyś o białym szumie? Ja nie. Do czasu. Od tygodnia szumi nam w mieszkaniu  niemal nieustannie... Ale od początku…



W piątek Gniewko skończy 5 tydzień życia i jak do tej pory - nie mogę przy nim narzekać na brak snu. Oczywiście wszystko jeszcze może ulec zmianie, ale… mam cichą nadzieję, że tak się jednak nie stanie ;)
Pamiętam jeszcze przed porodem podśmiechiwanie rodziny i znajomych "Odsypiaj, odsypiaj zawczasu, bo później - zapomnij! Nieprzespane noce, płacze, zero czasu dla siebie…" 

Tymczasem po najdłuższym w moim życiu okresie czuwania, czyli trzech nieprzespanych dniach i nocach w szpitalu tuż po porodzie - pierwsza noc w domu była wybawieniem. W końcu się wyspałam! Mieszko wstawał do małego, przewijał i dawał mi do karmienia co 3 godziny. I tak noce wyglądają do dziś, z tą różnicą, że pozwalamy małemu spać dłużej i już się nie martwimy, że nie budzi się tak często na karmienie, bo wiemy, że przybiera pięknie na wadze. 




Początkowo jednak byliśmy przerażeni perspektywą jaka rysowała się przed nami w ciągu pierwszych dni życia Gniewka… Jednak nie dlatego, że ciągle płakał, co chwila się budził i domagał piersi. Bowiem w przeciwieństwie do swojego starszego o jeden dzień sąsiada z sali, który nieustannie wisiał swojej mamie u piersi na zmianę pijąc, wymiotując i robiąc kupy - Gniewko ciągle spał. Na początku przyczyny upatrywaliśmy w zmęczeniu porodem, a potem żółtaczką, która dość długo mu się utrzymywała po powrocie do domu. W każdym razie efekt był taki, że trzeba go było dobudzać na siłę, pod presją powtarzanej jak mantrę przez personel szpitalny zasady "Karmić na żadanie, ale NIE RZADZIEJ niż co 3 GODZINY". Tymczasem gdybyśmy tylko się do tej zasady nie zastosowali, to jestem przekonana, że nasze dziecko spałoby nawet i 8 godzin bez przerwy. My jednak postanowiliśmy nie testować jego możliwości i początkowo budziliśmy go z zegarkiem w ręku co 3 godziny. Sposoby na zmuszanie śniętego dziecka do jedzenia? Przewijanie, moczenie twarzy i karku mokrą chusteczką, łaskotanie po piętach, dotykanie pod bródką… Powinno być minimum 20 minut efektywnego ssania - a początkowo było święto jak udało się 10 minut! Nie mniej nasza wytrwałość się opłaciła - po ok. dwóch tygodniach wszystko zaczęło się stabilizować i dzisiaj Gniewko sam się potrafi budzić co 3 godziny, choć bywa, że śpi nawet i 6 godzin! Za to je przepięknie i bez problemu - nie zawsze długo, ale bardzo efektywnie, co widzimy po rosnącej z tygodnia na tydzień wadze.

3 stopnie irytacji :)


Aktualnie dzień Gniewka składa się z mniej więcej 3-godzinnych cyklów snu, następnie 1,5 godzinnych okresów czuwania, kiedy jest czas na karmienie, przewijanie i chwile aktywności czyli zazwyczaj oglądania mieszkania ;) Ku naszej uciesze - w nocy sypia jeszcze dłużej i nie ma problemu żeby zasnąć po przerwie na jedzenie i przewijanie. Wydaje się, że usypia go nocna atmosfera ciszy i ciemności. Owszem - zdarza mu się pomarudzić. Bywały sytuacje, kiedy nie chciał zasnąć nawet i 2 godziny, płakał, stękał i wił się - ewidentnie przeszkały mu gazy i ból brzuszka. Marudzenie z powodu gazów jest głównym "przeszkadzaczem" w kwestii zasypiania. Pewnego razu, kiedy płacz był niebywale intensywny postanowiłam sprawdzić jak działa suszarka - słyszałam, że wielu dzieciom pomogła na kolki. Początkowo kierowałam strumień ciepła na brzuszek i mały zaczął się uspokajać. Po chwili okazało się, że kojąco działa sam dźwięk suszarki. Zamilkł, "zawiesił się" i wkrótce zasnął. Niedługo potem zaczęłam wertować internet, żeby dowiedzieć się o co właściwie chodzi z tą suszarką, tudzież odkurzaczem, czy okapem kuchennym - w zależności od źródła ;) I dowiedziałam się co to takiego ten "biały szum". http://pl.wikipedia.org/wiki/Szum_biały
A potem trafiłam na artykuł o tym, dlaczego dzieci go kochają: http://www.troublesometots.com/why-babies-love-white-noise/
Dowiedziałam się z niego, że niemowlęta lubią ten typ szumu, ponieważ przypomina im dźwięki z łona matki, gdzie podobno było bardzo głośno. Pozwala im to nie tylko zredukować stres, pozwolić się zrelaksować, ale i wydłużyć czas snu. My dodatkowo stosujemy jedną z 5 metod dr Karpa, polegającą na ciasnym opatuleniu dziecka, co również przypomina mu ciasnotę panującą w brzuchu matki. Ta metoda krępuje ruchy niemowlaka, który podczas płaczu i marudzenia wykonuje często niekontrolowane wymachy rąk, uderzając się w twarz i jeszcze bardziej przy tym denerwując (tak małe niemowlę nie wie, że to jego ręce i myśli, że bije je ktoś inny). U nas - z małymi wyjątkami - działa. 
Tymczasem kończę pisanie, bo zbliża się pora wybudzania ze snu… ;)




A może wy macie jakieś inne, sprawdzone sposoby na usypianie dzieci? :)

środa, 19 lutego 2014

Jak to się wszystko zaczęło.



Jakoś w połowie maja zaczęło się nowe Życie. A zaczęło się niepozornie…

Mój wykres temperatury - metoda Rotzera


Oczywiście na początku nic nie wskazywało na to, że coś się tam w środku w ogóle zaczęło. No, może oprócz prowadzonych przeze mnie pomiarów ciepłoty ciała, które wskazywały podwyższoną temperaturę utrzymującą się nadzwyczaj długo - jak na mnie. I oprócz jednego dziwnego snu, który przyśnił mi się kilka dni później podczas mojego dwudniowego pobytu w Warszawie. Śniło mi się mianowicie dziecko - miniaturowy dzidziuś, który wyglądał jak laleczka. Widziałam go na USG. Wydało mi się to jednak na tyle podejrzane, że udałam się na wizytę do lekarza, który znając mój przypadek - zasugerował "Może to torbiel na jajniku?". USG wykazało jednak, że to nie torbiel, ale było jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek więcej tam dojrzeć, a tym bardziej miniaturowego dzidziusia z mojego snu. "To może jednak ciąża? Proszę zrobić jutro rano test ciążowy". Dziwne. Jeden test już zrobiłam jakiś tydzień wcześniej - negatywny. Dodatkowo od tygodnia męczyły mnie ewidentne bóle menstruacyjne. A jeszcze jakby tego było mało - miesiąc wcześniej dowiedziałam się, że mam dwie przypadłości utrudniające zajście w ciążę - chorobę Hashimoto, oraz zespół policystycznych jajników. Hell yeah!

Następnego dnia więc - z pewną rezerwą zaczęłam przyglądać się rzeczonemu, już osikanemu testowi ciążowemu, kiedy to ku memu zdziwieniu po kilku chwilach w sąsiedztwie jednej kreski pojawiła się druga, bladoróżowa kreseczka... Szok i niedowierzanie. 

Test ciążowy i wyniki badania krwi :)


A tak się akurat złożyło, że tego samego dnia miałam ostatni egzamin w historii moich studiów. Był to test z krytyki artystycznej i zupełnie nie mogłam się tego dnia skupić na przygotowaniach do niego - przeszkadzała mi nie tylko ta ekscytująca nowina ale także ciągłe skurcze, przypominające do złudzenia bóle menstruacyjne. Nie mniej - znów Opatrzność nade mną czuwała, bo dostałam jedne z niewielu pytań, na które akurat mogłam znać odpowiedzi - i tym sposobem skończyłam ten historyczny dzień z czwórką w indeksie i dzieckiem w brzuchu. A był to 24 maja - moje imieniny. Na facebooku pojawił się taki wpis "This is a good day. Zaliczyłam krytykę artystyczną i w ogóle… i w ogóle!". I w tym "w ogóle" zamknęłam całą radość. 13 polubień, 6 komentarzy. A ja już wtedy zaczęłam proces stawania się matką. Nie od badania USG, tym bardziej nie od porodu, ale właśnie od momentu kiedy dowiedziałam się, że rozwija się we mnie miniaturowe życie. Dwa dni później już świętowałam swój pierwszy Dzień Matki - mówiąc do mojego niewielkiego brzucha, w którym rozwijało się nieznanej jeszcze płci dziecko - "Jestem twoją mamą"... I niedługo potem, po ponad tygodniu niepokoju czy to przypadkiem jednak nie pusty pęcherzyk płodowy (bo wciąż zarodka nie było widać) - zobaczyłam w końcu na ekranie monitora bijące, a właściwie pikające serduszko. Mieszko powiedział wtedy, że to Pikawa. I tak nazywaliśmy Gniewka Pikawą przez dobrych kilka miesięcy… Później tak wyraźnie dawał o sobie znać kopaniem i wierzganiem, że grubym nietaktem byłoby nazywanie go nadal Pikawą - to zdecydowanie nie brzmiało wystarczająco poważnie jak na takiego wielkoluda. Oczywiście od początku towarzyszył mi strach, że coś pójdzie nie tak. Ale w tym samym czasie dostałam wyraźne info z Góry, że "wszystko będzie dobrze" i tego starałam się trzymać do końca. Były mniejsze i większe kryzysy. W 8 tygodniu ciąży, dwa dni przed obroną pracy magisterskiej wylądowałam na dobę w szpitalu z powodu silnego zatrucia pokarmowego w czasie największych tegorocznych upałów. I nie były to tak zwane "niepowściągliwe wymioty ciężarnych", jak początkowo sądzono, ale rotawirus, który zaatakował mnie w najmniej pożądanym momencie powodując nieustanne wymioty i biegunkę. 

Zdjęcia ze szpitala ;)


Wypisałam się na dzień przed obroną na własne żądanie, z nudnościami, bólem głowy i niedokończonymi sprawami, bez których obrona nie mogła się odbyć. Zebrałam się w sobie i zrobiłam wszystko, żeby jednak się obronić - przy pomocy męża, promotora i życzliwych przyjaciół - udało się jakimś cudem, choć widmo wrześniowej obrony było blisko. 

Ja podczas obrony 




Pod koniec wakacji fala upałów znów przetoczyła się przez Polskę i wówczas doświadczyłam najdłuższego bólu głowy w życiu - trwał mniej więcej tydzień. W 20 tygodniu ciąży z kolei zaczęłam objadać się jajkami i mięsem, bo dowiedziałam się, że dziecko może mieć ciut za mały obwód brzuszka i chciałam je koniecznie podtuczyć. Chyba tym sposobem przytyłam + 17 kg od początku do końca ciąży. Na szczęście większości kilogramów już się pozbyłam ;) Mniej więcej od tego samego momentu zaczęłam sobie z częstotliwością średnio co dwa tygodnie wkręcać, że odchodzą mi wody płodowe… Podczas gdy one ostatecznie nigdy nie odeszły samoistnie - musiały zostać przebite w ostatniej fazie porodu ;)

Poza początkowymi niedogodnościami w postaci mdłości, bólów głowy, sporadycznych wymiotów, a w ostatniej fazie ciąży - problemów ze zwleczeniem cielska z wyra (szczególnie kiedy trzeba kilka razy na noc wstawać do łazienki, bo dziecko uciska na pęcherz) - ciąża mi przebiegła bez zarzutu, za co jestem szczerze wdzięczna. Doba w szpitalu z powodu rotawirusa to niewielka niedogodność jak na te 39 tygodni ciąży. W każdym razie - było warto!

Gniewko ma stanowisko do przewijania pod arcydziełem jednego z najlepiej zapowiadających się artystów młodego pokolenia :D










wtorek, 18 lutego 2014

Dawno nie rysowałam...

Ostatnio mama kupiła nam kalendarz z pustymi kartami. Myślała, że posłuży nam jako notatnik - tymczasem Mieszko wymyślił, żebym co miesiąc rysowała w nim portret Gniewka. Dobra okazja, żeby znów zacząć rysować…


poniedziałek, 17 lutego 2014

Post Scriptum do kilku tysięcy słów

Jaki ojciec - taki syn 

Na początek kilka słów tytułem wstępu i podziękowania po "Kilku tysiącach słów…". Popularność reportażu wojennego z porodówki mnie zaskoczyła :). Ilość pozytywnych komentarzy i prywatnych wiadomości, które dostałam - przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Wyrazy wsparcia, uznania, podziękowania za to świadectwo, za wzruszenie, a także wasze osobiste, często równie dramatyczne historie porodowe. Jestem poruszona dogłębnie, co już pisałam na facebooku. Nie spodziewałam się takich reakcji. A to jest, wierzcie mi - bardzo dla mnie ważne. Dziękuję.
Muszę zaznaczyć, że napisałam ten tekst przede wszystkim dla siebie, żeby sobie jakoś poukładać w mojej głowie to, co się tak naprawdę wydarzyło i przekonać w jakim stopniu się na mnie odbiło. Bo na pewno odbiło się i fizycznie i psychicznie. Nie dbałam przesadnie o formę literacką, tym razem zależało mi bardziej na pozostaniu wiernej prawdzie historycznej ;)
Przez pierwszy tydzień po porodzie praktycznie nie miałam ochoty z nikim gadać, bo wiedziałam, że nie skończy się na gratulacjach, ale będą też pytania - a i w rezultacie moje opowieści. Bo ja mam niestety taką wadę, że nie potrafię streszczać, a zawsze snuję długie, męczące historie z najbardziej pierdołowatymi szczegółami. I tym sposobem, po kilku takich rozmowach odbytych jeszcze w dniu porodu - wyłączyłam sobie dźwięk na tydzień i całkowicie przestałam na telefony odpowiadać. Do kontaktów wróciłam dopiero po upływie kolejnego tygodnia. Ale gdzieś została we mnie w środku chęć podzielenia się tą historią publicznie, by móc spojrzeć na nią choć trochę z dystansu, zapisać póki jeszcze pamiętam i spróbować oswoić. 

Jednocześnie trafił się jeden negatywny komentarz kolegi zawiedzionego brakiem głębokich przemyśleń i mistycznych doznań podczas porodu. Rzeczywiście - mój opis nie obfitował w filozoficzne rozważania na temat cudu narodzin, ale to dlatego, że żadna z tego rodzaju myśli mi podczas rodzenia nie towarzyszyła, a ja postawiłam sobie za punkt honoru bez koloryzowania opisać dokładnie to, co pamiętam. To nie jest laurka dla Gniewka pod tytułem "wyszedłeś z brzuszka pachnący przy śpiewie ptaków, dźwięku harf i chórów anielskich". Choć z tymi aniołami coś musiało być na rzeczy, bo urodził się w szpitalu pod wezwaniem Aniołów Stróżów, a myślę, że i jego Anioł Stróż ostatecznie dobrze się spisał :)



Po wspomnianym zarzucie, jakoby moje jakże szerokie na co dzień horyzonty się zawęziły podczas porodu do okołowaginalnych - zaczęłam dziś sprawę dogłębnie analizować. I muszę stwierdzić - to fakt. Tak było. Nie przypominam sobie żadnych głębokich analiz sytuacji, poczucia wzniosłości chwili, ani tym bardziej piękna i geniuszu cudu narodzin. Zazdroszczę trochę tym kobietom, które miały inaczej, pamiętają to inaczej. Ja jednak odnoszę wrażenie, że kiedy człowiek doświadcza tak intensywnego bólu, jakiego nigdy wcześniej nie zaznał - cały staje się tym bólem. A potem musi jeszcze zdobyć się na niesamowity wysiłek fizyczny, który pozwala wydać dziecko na świat. I cały staje się tym wysiłkiem. W moim przypadku dodatkowo była presja czasu i sytuacji, by zrobić to jak najszybciej. "Przyj jakby od tego wszystko zależało" - to zapamiętałam najmocniej, bo to mi najdosadniej uświadomiło, że od tego naprawdę może wszystko zależeć. A kiedy już dziecko wreszcie przyszło na świat - ja, zamiast cieszyć się cudem narodzin musiałam wstrzymać oddech w oczekiwaniu na to, co przyniosą kolejne minuty - czy oddycha, czy zapłacze, czy się poruszy. I tak - cała stałam się oczekiwaniem. I niczym więcej. Umysł się wyłączył - żadnych myśli, żadnych analiz, żadnych wzniosłych i mistycznych przeżyć. Właściwie mam takie poczucie, że byłam wówczas kawałem mięcha, na dodatek krwistym ;) Jakby mi przecięli myślowody. Nie miałam znieczulenia farmakologicznego, więc chyba umysł postanowił się samoznieczulić. Wzruszyłam się owszem, na moment zaszkliły mi się oczy - kiedy mi go pozwolili pocałować w czoło i przez tą krótką chwilę mogłam go zobaczyć. Oprócz tego pamiętam, że dziwnie pachniał i wyglądał jak blady miniaturowy zawodnik sumo z lekko krzywą główką. A prawdziwie poryczałam się dopiero późnym wieczorem, kiedy położna przywiozła mi go do pokoju i położyła w ramionach. "Nie płacz mama" powiedziała, kiedy w momencie zalałam się łzami i nie mogłam uspokoić. Zostałam z nim sama, tylko ja i on - i to było takie małe zastępstwo za ukradziony, brutalnie mi odebrany czas, który mieliśmy spędzić razem zaraz po porodzie. 



Od dnia porodu słyszę natomiast pytania "Jak się czujesz w roli matki?". Nie wiem co odpowiadać. Mówię "Normalnie, naturalnie, dobrze". A powinnam chyba powiedzieć "Niesamowicie, dziwnie, niezwykle." Ale nie, czuję się zupełnie normalnie. Nie odbieram porodu jako wielkiej rewolucji, wielkiej zmiany w życiu, grubej krechy, która odcięła przeszłość od teraźniejszości i uczyniła mnie nowym człowiekiem - Matką. Może znów zawiodę czyjeś oczekiwania, ale w mojej percepcji - poród nie był mistyczną granicą, ale kolejnym, naturalnym etapem ciąży. Ciąży zmaterializowanej :) Wcześniej oczywiście było mniej do zrobienia - nie trzeba było przewijać, karmić, kąpać, usypiać małego człowieczka, który pojawił się namacalnie, naocznie, na wyciągnięcie ręki obok nas. Ale ja czułam się matką już od kiedy dowiedziałam się, że w moim wnętrzu rozwija się nowe Życie i do tej roli dojrzewałam z każdym dniem i miesiącem. W ciąży miałam całe spektrum głębokich przeżyć i zachwytów nad tym Cudem, który się we mnie rozwija i który jest częścią mnie i Mieszka. A po porodzie - owszem, nadal się zachwycam, ale już przywykłam trochę do tej niezwykłości :) Co nie znaczy, że przestałam doceniać. 

Mam takie dziwnie odczucie, że większe wrażenie robiły na mnie zawsze narodziny cudzych dzieci, niż mojego własnego. Ilekroć widziałam na facebooku zdjęcie nowego człowieka ze zdawkowym opisem składającym się standardowo z imienia, daty urodzenia, wagi, wzrostu - nie mogłam się nadziwić. Także formie w jakiej dziecko było prezentowane. Myślałam sobie "Jak to możliwe, że matka kilka dni temu chodzi z brzuchem, a po kilku dniach wrzuca na fejsa fotę dzidziusia z tak zdawkowym opisem! Przecież to KOSMOS! Cud narodzin! Coś niesamowitego, nie do ogarnięcia! W dodatku jakie przeżycie! Można by całą epopeję na temat narodzin tego dziecka napisać, a tu tylko data, waga i wzrost. Albo nawet samo imię - bez żadnych parametrów." I tak się nie mogłam nadziwić, że wszystkie matki jak gdyby nigdy nic, zamiast pisać te epopeje - wolą jednak fotkę z imieniem i datą wrzucić. I takie to normalne dla nich, wrzucają te fotki jak każde inne. A to przecież jakoś wyjątkowo, w złotej ramie się powinno i Bóg jeden wie z jakimi fajerwerkami i efektami specjalnymi, żeby podkreślić wyjątkowość sytuacji. I co w rezultacie? Co ja zrobiłam w tej wyjątkowej sytuacji? Wrzuciłam fotkę. Z imieniem, datą i godziną. Myślałam długo, przysięgam. Za cholerę nic nie mogłam napisać. Mózg nie wytworzył ani jednego sensownego zdania na temat niezwykłości narodzin mojego dziecka - każde wydawało się idiotycznie egzaltowane i kretyńskie. A tak poza wszystkim, to kilka dni po porodzie średnio jest czas i siły na wymyślanie elaboratów o cudzie narodzin, ale to już osobna kwestia ;)








Wracając zaś do treści postu przeze mnie przewidzianej na dziś, to było mi ciężko się zdecydować o czym mogłabym napisać - i ostatecznie napisałam o czymś zupełnie innym niż miałam zamiar ;) Jednak nie miałam problemów z wymyśleniem tematu z powodu deficytu takowych - wręcz przeciwnie. Mam taki głód pisania i dzielenia się wrażeniami z ostatnich miesięcy, że ilość treści zgromadzonych w mojej głowie mnie przytłacza. Muszę więc rozpocząć jak najszybciej segregację tychże treści i się trochę z nich oczyścić. Oczyszczanie psychiczne to dobry motyw uzupełniający oczyszczanie fizyczne w okresie połogu. 

A tak na koniec powiem Wam, że ktoś tu dzisiaj skończył miesiąc! Ciekawe kto? :)


sobota, 25 stycznia 2014

Gniewko Beniamin

Oficjalna prezentacja mojego pierworodnego syna - Gniewka Beniamina. Post pierwotnie opublikowany na moim blogu fotograficznym Zuzanna Fotografuje :)


fot. Magda Garncarek, Iga Wilczyńska, Zuzanna Fotografuje
post-processing: Zuzanna Fotografuje