Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2014

Chrzest, kryzys laktacyjny, poporodowe zapalenie tarczycy itd.

fot. Magda Garncarek



Dawno nie pisałam. Ostatnie tygodnie mnie nieco przytłoczyły. Nie do końca potrafię je sobie poukładać pod kątem chronologicznym, ale na pewno działo się na tyle dużo, że nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo sił by usiąść i wytężyć się intelektualnie w celu spłodzenia nowej notki.

Wydarzeniem numer jeden jest na pewno Chrzest Święty Gniewka Beniamina, który odbył się w minioną sobotę. Dziecię nasze wykazało się odpowiednim wyczuciem chwili i postanowiło przespać całą mszę, by otworzyć jedynie oczy w momencie polania wodą, po czym zamknąć je z powrotem i spać dalej w najlepsze. Huczna impreza mająca miejsce do wieczora również nie była mu straszna. Ostatnie obserwacje jego zachowań w większych skupiskach ludzi prowokują mnie do wysnucia hipotezy, że Bubusek przepada za przebywaniem w stadzie. Im więcej się dzieje - tym lepiej. W święta wielkanocne  także zachowywał się jak aniołek - rodzina nie mogła wyjść z podziwu. Leżał sobie w najlepsze i przyglądał się otoczeniu. 

fot. +foto


Pierwszą  wyprawę do galerii handlowej również możemy uznać za udaną, mimo, iż poniższe zdjęcie zdaje się tego nie ilustrować najlepiej. Ryk rozległ się dopiero po 2 godzinach naprzemiennego oglądania otoczenia i drzemania - dziecko się ostatecznie znudziło gwarem  i chyba zrobiło się głodne. 

Niedługo po wizycie w centrum handlowym zaczął się mój pierwszy, odczuwalny kryzys laktacyjny. Piersi zrobiły się bardziej miękkie niż dotychczas, Gniewko chciał jeść znacznie częściej, i zaczynał się denerwować podczas ssania, jakby odczuwał, że pokarm się kończy, że jest go za mało. Sprawę potwierdziła próba odciągnięcia pokarmu laktatorem - podczas gdy do tej pory udawało się odciągnąć co najmniej 50-70 ml za jednym razem - tym razem ledwie ociupinka zebrała się na dnie. Zachowałam jednak spokój ducha, głównie dzięki temu, że przez ostatnie miesiące moja wiedza o laktacji znacznie się poszerzyła. I wiedziałam już, że taki kryzys zdarza się często właśnie w 3 miesiącu (ale również w 3, 5, 6 tygodniu oraz 6, 9 miesiącu). Zazwyczaj jest to związane z dostosowaniem się podaży pokarmu do kolejnych etapów rozwoju dziecka (skoki rozwojowe), lub ze stresem czy zmianami hormonalnymi. Najbardziej skutecznym i najlepszym sposobem rozwiązania tego problemu - jest jak najczęstsze przystawianie dziecka do piersi na żądanie. Tak też robiłam, mimo lekkiego stresu, że dziecko się nie najada. Dodatkowo wspomagałam się herbatkami na laktację i piwem bezalkoholowym Karmi, choć nie do końca wierzę w zbawienną moc tych specyfików. Tak czy siak - nie zaszkodziło spróbować. Wiedziałam natomiast, że najgorszym rozwiązaniem w sytuacji kryzysu laktacyjnego, jeśli chce się utrzymać laktację - jest podanie mleka modyfikowanego. Wówczas dziecko naje się mlekiem modyfikowanym (a jest ono cięższe do strawienia niż pokarm kobiecy) i nie będzie potrzebowało już tak częstego przystawiania do piersi, a co za tym idzie - nie będzie stymulowało ich do produkcji pokarmu. I tak koło się zamyka. Na szczęście miałam wsparcie mojej mamy i dobrych rad płynących z fejsbukowej grupy wsparcia Karmiące cyce na ulice :). "Grozy" całej sytuacji dodawał fakt, że od dwóch tygodni Gniewko bardzo mało przybierał (ok. 60 g na tydzień) i pediatra u której byliśmy powiedziała, że jeśli do następnego tygodnia nie przytyje 150 g - to musimy się zjawić w przychodni ponownie. Na szczęście futrowanie Gniewka mlekiem popłaciło - w tym samym tygodniu, w którym zdarzył się nam kryzys - moje dziecko przytyło aż 240 g! Ponowna wizyta w przychodni nie była więc potrzebna. Problemy z tyciem były prawdopodobnie związane z rzadszym jedzeniem i czasem naprawdę długimi przerwami nocnymi (ok 8 h), a to właśnie pokarm nocny jest najtłustszy. Teraz budzę Gniewka na ostatni posiłek ok godziny 12 w nocy, tuż przed moim pójściem spać. 


Wszystko zrobiło się jeszcze bardziej skomplikowane, ponieważ pediatra zaniepokoiła się zmianami skórnymi na buźce Bubuska i zaleciła mi nie jedzenie nabiału (w tym jaj) przez cały tydzień. Faktycznie - nieustannie pojawiające się i znikające suche plamy z krostkami na czółku, głowie, skroniach, czasem na policzkach - wyglądały trochę jak alergia. Już kiedyś sugerowałam to innej lekarce, ale ta stwierdziła, że to nie to. Postanowiłam jednak odwlec sprawę na "po świętach", bo nie dość, że jestem wielbicielką nabiału w każdej postaci, to świąt bez jajek już sobie zupełnie nie umiałam wyobrazić. Ale próbowałam się mocno ograniczyć. Na radykalną dietę przeszłam zaraz po świętach, ale te suche plamy wciąż nie dawały mi spokoju. Udało mi się zapisać Gniewka z dnia na dzień do dermatologa, który z kolei orzekł, że to nie żadna alergia, tylko "rogowacenie skóry" typowe dla niemowląt. Kazał smarować kremem i nie ograniczać się z dietą. Wróciłam do nabiału w ograniczonej formie, choć sprawa skóry się nie poprawia. Kolejna wizyta za nieco ponad tydzień. Niestety niejedzenie nabiału mi wyraźnie nie służy. Nabiał był w niemal każdym moim posiłku, a jedzenie chleba z samą szynką (bez masła) i plastrem pomidora czy też samym dżemem - średnio mi odpowiada. Pasztety wegetarianskie - też nie bardzo. Tym sposobem, zjadłszy na śniadanie jedynie kromeczkę z dżemem - prawie zemdlałam stojąc w rejestracji u dermatologa, gdzie dodatkowo było duszno i śmierdziało potem. Nie wiem czy nie miała też na to wpływu moja, jak się okazuje będąca w nienajlepszym stanie -  tarczyca. Otóż, jako ofiara choroby Hashimoto, skutkującej jej niedoczynnością - od roku biorę hormon, którego moja tarczyca nie wytwarza w wystarczających ilościach. Ostatnią kontrolę hormonów tarczycy miałam 6 tygodni po porodzie i wszystko było w najlepszym porządku - wyniki w idealnej normie. Tymczasem wczoraj ze zdumieniem odkryłam, iż moje wyniki nie tylko są dalece poza normą - to na dodatek są skrajnie odmienne od wyników (nawet tych złych), które miałam do tej pory. TSH, który przed leczeniem był w nadmiarze - nagle jest na zatrważająco niziutkim poziomie. FT4, który zawsze był w normie - nagle jest znacznie ponad nią! Jednym słowem zamiast niedoczynności - mam teraz nadczynność. Jutro idę do endokrynologa, ale wszystko wskazuje na to, że przechodzę tzw. poporodowe zapalenie tarczycy i po tym epizodzie nadczynności, po ok 1-2 miesiącach wszystko powinno się uregulować. Mam taką cichą nadzieję, bo ostatnio zdecydowanie za dużo tych wizyt lekarskich.

fot. Magda Garncarek


No i odwiedziła nas moja kochana Madzia, która jest autorką powyższych zdjęć "przed i po".

A co poza tym? Bubusek w końcu zaczął chwytać! Czekałam na to dość długo i już nie mogłam się doczekać. Wydaje również coraz to częstsze i donośniejsze dźwięki o przeróżnym natężeniu - z reguły piski, krzyki o zabarwieniu raczej pozytywnym ;) Uśmiecha się baaardzo często. Zazwyczaj gdy nachylam się rano nad jego łóżeczkiem - również wita mnie powalającym uśmiechem :) Nałogowo ssie sobie łapki. Próbuje już przewrócić się z pleców na brzuszek, ale zupełnie mu to jak narazie nie wychodzi. No i już chyba tak bardzo nie łysieje. W przeciwieństwie do własnej matki, która to właśnie w ostatnim tygodniu zaczęła w końcu tracić swe ciemne, długie włosy, których to dziesiątki już można napotkać w każdym zakamarku mieszkania. Niestety - a ja się łudziłam, że uda mi się tego uniknać. O, naiwna!

fot. Magda Garnacarek

poniedziałek, 24 marca 2014

Pierwsza podróż i 10 faktów o których nie miałam pojęcia przed ciążą.

Ostatnio się zastanawiałam co się zmieniło oprócz tego, że przybył nam namacalnie nowy członek rodziny, który rośnie i nabywa nowych mocy w tempie ekspresowym i którym się zachwycam tak, jak do tej pory zachwycałam się tylko i wyłącznie moimi kotami.

Na pewno zmieniło się to, że szczególnie na początku i pod koniec ciąży dopadł mnie tzw. "megaleń" i upodobałam sobie wszelkiej maści kulinarne reality shows, czyli Kuchenne Koszmary Gordona Ramseya, Kuchenne Rewolucje Gesslerowej, Masterchefa i Ugotowanych w wersji polskiej i brytyjskiej. Tak. Niestety. Namiętnie oglądałam nawet archiwalne odcinki Kuchennych Rewolucji. Co tydzień z niecierpliwością oczekiwałam kolejnego… A dziś? Od 2 marca leci nowy sezon, a ja nie obejrzałam ANI JEDNEGO! Nawet gdy Gniewko śpi w ciągu dnia - wiem, że może obudzić się w dowolnym momencie i sprzeniewierzyć moje plany na kolejne godziny, wymagając nieustannej i wyłącznej uwagi. Wiem, że nie mam co narzekać, bo dziecko me jest całkiem grzeczne, potrafi spokojnie usiedzieć (lub uleżeć) i zająć się sobą niekoniecznie marudząc i płacząc oraz sypia dobrze w nocy (dziś rekord - 9 godzin + 2 godziny rano!). Jednak w czasie jego drzemek wolę zająć się rzeczami, na które brakuje mi czasu, który mi w dużych ilościach umyka w chwilach jego aktywności. No i niestety nie starczyło go do tej pory na takie przyjemności, jak oglądanie durnych programów telewizyjnych ;) A może stety.

Podstawowy i niepodważalny, choć i wciąż nie do ogarnięcia jest jednak fakt, iż jestem matką i nadziwić się nie mogę, że ten mały człowieczek został ze mnie wyciągnięty ponad dwa miesiące temu. Ze mnie. Ze środka. To jest jakiś KOSMOS w dalszym ciągu, kiedy zaczynam to analizować. 

Ale jednak. Stało się. Minęły ponad 2 miesiące od porodu. Co za tym idzie? Szereg faktów, które zestawiam z mitami, towarzyszącymi mi przed ciążą. Oto 10 z nich:
  • FAKT #1. WAGA. Myślałam, że będę miała problem, żeby schudnąć te plus 18 kg (swoją drogą - skąd się to wzięło?!). Tymczasem po trzech dniach od porodu byłam 9 kg na minusie. Dziś jestem 14 kg na minusie względem wagi końcowociążowej właściwie nic nie robiąc oprócz karmienia i chodzenia na spacerki (jeśli chodzi o aktywność fizyczną). Daje nam to efekt 1 kg na plusie względem wagi przedciążowej oraz 4 kg na plusie względem wagi początkowociążowej (bo schudłam na samym początku ciąży 3 kg dzięki poczuciu, że mam kamień w żołądku :)
  • FAKT #2. ROZSTĘPY. Starałam się wierzyć, że jak się będę smarować kremikami, to mi się nie zrobią, ale w głębi duszy byłam wyznawczynią teorii, że to genetyczne jednak i, że jak się mają zrobić to się i tak zrobią. Jestem w rezultacie właścicielką słownie jednego rozstępiku małego na brzuchu, nienajgorzej skądinąd się prezentującego jak na bycie jeszcze dwa miesiące temu wielkości trzech arbuzów
  • FAKT #3. CYCKI. Tego nie przewidziałam. Że na piersiach też się robią rozstępy. I jestem niestety właścicielką sporej ich ilości, o których (tych rozstępach) się filozofom nie śniło (mnie też, zważywszy, że żadna z moich koleżanek takowych posiadaniem się nie chwaliła po ciąży, a u mnie pojawiły się już w połowie jej trwania). No ale cóż - życie.
  • FAKT #4. DEPRESJA POPORODOWA. Znając moje skłonności do popadania w histerię i depresyjność charakteru - niepokoiłam się o mój poporodowy stan umysłu. Mogłoby być nieciekawie, gdybym musiała zostać choć jeden dzień dłużej w szpitalu, gdzie po 72 h bez snu czułam się jak zdechły szczur, nie mniej jednak fakty są takie, że wyszłam po 3 dobach i w rezultacie nie miałam depresji poporodowej ani nawet baby blues'a, nie licząc zmęczenia po powrocie do domu. Tutaj ukłony dla moich bliskich za wielką pomoc.
  • FAKT #5. HORMONALNY NIEŻYT NOSA. Aż chce się głośno zadać pytanie "WTF IS HORMONALNY NIEŻYT NOSA?!" Ja też nie miałam bladego pojęcia o istnieniu takiego zjawiska. To taka sytuacja, w której poprzez działanie hormonów ciążowych ma się nieustanne problemy z nosem. U mnie się to zaczęło już w pierwszym miesiącu ciąży i trwało do samego końca. Męczyłam się z nieustannie z krwawieniami i ciągle zatkanym nosem - zwłaszcza w nocy, ale również w ciągu dnia. Przeszło jak ręką odjął już pierwszego dnia po porodzie. Czary mary i po sprawie!  
  • FAKT #6 BÓLE GŁOWY. Ok, wiedziałam już, że w ciąży bywa niedobrze. Bywało. Wiedziałam już, że jest coś takiego jak hormonalny nieżyt nosa. Było. Ale bóle głowy? TAKIE?! Tydzień codziennie bolącej głowy?! O tym nie wiedziałam. Nie polecam. Dobrze, że już nie boli.
  • FAKT #7. SUSZONE POMIDORY. Na początku ciąży przez wzgląd na nudności nabywa się niejednokrotnie wstrętu do jakiegoś posiłku. W moim przypadku były to suszone pomidory, które do tej pory stanowiły jeden z moich najukochańszych dodatków do posiłków. Jeszcze w pierwszym miesiącu ciąży się nimi zajadałam, aż tu nagle odruch wymiotny na samo wspomnienie. I niestety do dziś nie nabrałam na nie ochoty.
  • FAKT #8. KUPKI. Wiedzieliście, że są niemowlęta, które walą kupę codziennie od kilku do kilkunastu razy, oraz takie, które robią ją raz na 10 dni? Oba przypadki mieszczą się w normie. Mój przypadek należy do grupy pierwszej. Na dodatek od samego początku robił kupy, niepasujące do statystyk, przypominające biegunkę. Najadłam się początkowo strachu, ale gdy okazało się, że dziecko przybiera całkiem spore sumki na wadze, a żaden z lekarzy specjalnie się sprawą nie przejął - ja też przestałam się przejmować. 
  • FAKT #9. ODGŁOSY STAREGO PIJAKA. Takie dźwięki wydaje mój słodki bobasek. Charczenie, stękanie, jęczenie i bekanie - deal with it. Że o ulewaniu nie wspomnę. (o, właśnie charknął przez sen!) Początkowo nie mogłam spać z tego powodu, tak mnie to przerażało, ale dziś mnie to już zupełnie nie dziwi :) Aaa… zapomniałabym o BĄKACH! Takie serie, że aż nie do uwierzenia. Poważnie.
  • FAKT #10. PORÓD. Nie nastawiałam się, że będzie mistycznym przeżyciem - nie był.  Nie nastawiałam się, że nie będzie aż tak bardzo bolało - bolało aż tak bardzo. Nastawiałam się za to, że będzie bezproblemowy - a nie był. 
A na koniec zaprezentuję fotoreportaż z pierwszej, dłuższej podróży Gniewka. Odwiedziliśmy babcię w Lublińcu.

Gniewko spał przez pierwsze pół godziny, a przez kolejne marudził, że musi siedzieć w foteliku i nie może się ruszyć.






I kilka zdjęć ze spacerku…




Po powrocie do domku, na zakończenie emocjonującego dnia - Bar Mleczny pod Jeleniem :)



środa, 19 lutego 2014

Jak to się wszystko zaczęło.



Jakoś w połowie maja zaczęło się nowe Życie. A zaczęło się niepozornie…

Mój wykres temperatury - metoda Rotzera


Oczywiście na początku nic nie wskazywało na to, że coś się tam w środku w ogóle zaczęło. No, może oprócz prowadzonych przeze mnie pomiarów ciepłoty ciała, które wskazywały podwyższoną temperaturę utrzymującą się nadzwyczaj długo - jak na mnie. I oprócz jednego dziwnego snu, który przyśnił mi się kilka dni później podczas mojego dwudniowego pobytu w Warszawie. Śniło mi się mianowicie dziecko - miniaturowy dzidziuś, który wyglądał jak laleczka. Widziałam go na USG. Wydało mi się to jednak na tyle podejrzane, że udałam się na wizytę do lekarza, który znając mój przypadek - zasugerował "Może to torbiel na jajniku?". USG wykazało jednak, że to nie torbiel, ale było jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek więcej tam dojrzeć, a tym bardziej miniaturowego dzidziusia z mojego snu. "To może jednak ciąża? Proszę zrobić jutro rano test ciążowy". Dziwne. Jeden test już zrobiłam jakiś tydzień wcześniej - negatywny. Dodatkowo od tygodnia męczyły mnie ewidentne bóle menstruacyjne. A jeszcze jakby tego było mało - miesiąc wcześniej dowiedziałam się, że mam dwie przypadłości utrudniające zajście w ciążę - chorobę Hashimoto, oraz zespół policystycznych jajników. Hell yeah!

Następnego dnia więc - z pewną rezerwą zaczęłam przyglądać się rzeczonemu, już osikanemu testowi ciążowemu, kiedy to ku memu zdziwieniu po kilku chwilach w sąsiedztwie jednej kreski pojawiła się druga, bladoróżowa kreseczka... Szok i niedowierzanie. 

Test ciążowy i wyniki badania krwi :)


A tak się akurat złożyło, że tego samego dnia miałam ostatni egzamin w historii moich studiów. Był to test z krytyki artystycznej i zupełnie nie mogłam się tego dnia skupić na przygotowaniach do niego - przeszkadzała mi nie tylko ta ekscytująca nowina ale także ciągłe skurcze, przypominające do złudzenia bóle menstruacyjne. Nie mniej - znów Opatrzność nade mną czuwała, bo dostałam jedne z niewielu pytań, na które akurat mogłam znać odpowiedzi - i tym sposobem skończyłam ten historyczny dzień z czwórką w indeksie i dzieckiem w brzuchu. A był to 24 maja - moje imieniny. Na facebooku pojawił się taki wpis "This is a good day. Zaliczyłam krytykę artystyczną i w ogóle… i w ogóle!". I w tym "w ogóle" zamknęłam całą radość. 13 polubień, 6 komentarzy. A ja już wtedy zaczęłam proces stawania się matką. Nie od badania USG, tym bardziej nie od porodu, ale właśnie od momentu kiedy dowiedziałam się, że rozwija się we mnie miniaturowe życie. Dwa dni później już świętowałam swój pierwszy Dzień Matki - mówiąc do mojego niewielkiego brzucha, w którym rozwijało się nieznanej jeszcze płci dziecko - "Jestem twoją mamą"... I niedługo potem, po ponad tygodniu niepokoju czy to przypadkiem jednak nie pusty pęcherzyk płodowy (bo wciąż zarodka nie było widać) - zobaczyłam w końcu na ekranie monitora bijące, a właściwie pikające serduszko. Mieszko powiedział wtedy, że to Pikawa. I tak nazywaliśmy Gniewka Pikawą przez dobrych kilka miesięcy… Później tak wyraźnie dawał o sobie znać kopaniem i wierzganiem, że grubym nietaktem byłoby nazywanie go nadal Pikawą - to zdecydowanie nie brzmiało wystarczająco poważnie jak na takiego wielkoluda. Oczywiście od początku towarzyszył mi strach, że coś pójdzie nie tak. Ale w tym samym czasie dostałam wyraźne info z Góry, że "wszystko będzie dobrze" i tego starałam się trzymać do końca. Były mniejsze i większe kryzysy. W 8 tygodniu ciąży, dwa dni przed obroną pracy magisterskiej wylądowałam na dobę w szpitalu z powodu silnego zatrucia pokarmowego w czasie największych tegorocznych upałów. I nie były to tak zwane "niepowściągliwe wymioty ciężarnych", jak początkowo sądzono, ale rotawirus, który zaatakował mnie w najmniej pożądanym momencie powodując nieustanne wymioty i biegunkę. 

Zdjęcia ze szpitala ;)


Wypisałam się na dzień przed obroną na własne żądanie, z nudnościami, bólem głowy i niedokończonymi sprawami, bez których obrona nie mogła się odbyć. Zebrałam się w sobie i zrobiłam wszystko, żeby jednak się obronić - przy pomocy męża, promotora i życzliwych przyjaciół - udało się jakimś cudem, choć widmo wrześniowej obrony było blisko. 

Ja podczas obrony 




Pod koniec wakacji fala upałów znów przetoczyła się przez Polskę i wówczas doświadczyłam najdłuższego bólu głowy w życiu - trwał mniej więcej tydzień. W 20 tygodniu ciąży z kolei zaczęłam objadać się jajkami i mięsem, bo dowiedziałam się, że dziecko może mieć ciut za mały obwód brzuszka i chciałam je koniecznie podtuczyć. Chyba tym sposobem przytyłam + 17 kg od początku do końca ciąży. Na szczęście większości kilogramów już się pozbyłam ;) Mniej więcej od tego samego momentu zaczęłam sobie z częstotliwością średnio co dwa tygodnie wkręcać, że odchodzą mi wody płodowe… Podczas gdy one ostatecznie nigdy nie odeszły samoistnie - musiały zostać przebite w ostatniej fazie porodu ;)

Poza początkowymi niedogodnościami w postaci mdłości, bólów głowy, sporadycznych wymiotów, a w ostatniej fazie ciąży - problemów ze zwleczeniem cielska z wyra (szczególnie kiedy trzeba kilka razy na noc wstawać do łazienki, bo dziecko uciska na pęcherz) - ciąża mi przebiegła bez zarzutu, za co jestem szczerze wdzięczna. Doba w szpitalu z powodu rotawirusa to niewielka niedogodność jak na te 39 tygodni ciąży. W każdym razie - było warto!

Gniewko ma stanowisko do przewijania pod arcydziełem jednego z najlepiej zapowiadających się artystów młodego pokolenia :D










piątek, 14 lutego 2014

Kilka tysięcy słów o rodzeniu

"Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, 
już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat." (J 16, 21)

Święta prawda święty Janie!

6 dni przed porodem. 11.01.2014.

Tymczasem - 17 stycznia 2014. Pierwszy dzień 39 tygodnia ciąży. Trochę przed godziną 6.00 rano.

Budzę się, bo Mieszko krząta się po domu przed wyjściem do pracy. Po chwili uświadamiam sobie, że odczuwam delikatne, acz nieco bolesne skurcze. Już raz tak było, przeszło po godzinie. Mimo to - kiedy skurcze się powtarzają, zaczynam być lekko zaniepokojona. Wiem co mam robić - jeśli nie przejdzie trzeba wziąć no-spę, wziąć ciepły prysznic i liczyć skurcze. Mieszko mówi mi to samo i najzupełniej przekonany, że to skurcze przepowiadające, a nie porodowe - jedzie sobie do pracy. Najpierw zmieniam pozycję - tak polecili w poradniku dla ciężarnych. Siadam na łóżku  i czytam dalej. Skurcze co 10 minut - odpręż się, weź prysznic, może przejdzie. Co 7 minut - nie musisz się przejmować, jeszcze czas na wyjście do szpitala. 5 minut - zacznij się szykować. Biorę no-spę, biorę prysznic, zaczynam liczyć skurcze. Dziwne, miały być regularne, co 10 minut a u mnie są co 5 minut, 3 minuty, 4 minuty, minutę, 3 minuty… Odwracam stronę poradnika i czytam "Jeśli Twoje skurcze są nieregularne, ale częstsze niż co 5 minut - nie zwlekaj z wyjazdem do szpitala. Akcja porodowa może być już zaawansowana".



Kartka z zapisami skurczów

Niemożliwe - myślę - przecież nie boli aż tak mocno. Siadam przed kompem i wertuję internet szukając informacji o nieregularnych skurczach, w międzyczasie oznajmiam Idze i Pawłowi na facebookowym czacie, że właśnie mam skurcze - albo mi przejdzie albo dziś urodzę. Na wszelki wypadek idę umyć włosy. Dzwonię do Mieszka pierwszy raz, drugi, trzeci. Po pierwszym etapie niedowierzania, drugim etapie przekonywania mnie bym dalej liczyła skurcze, bo przecież jak mogę mieć tak często skoro miały być co 10 minut, trzecim etapie przeglądania internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na wątpliwości - wreszcie stwierdził, że po mnie przyjedzie. Minęła ponad godzina. W międzyczasie skurcze robią się nieco bardziej wyraziste, a ja w panice dzwonię do mamy. Czuję pustkę w żołądku, mam ochotę zjeść jajko sadzone z szynką, ale się rozmyślam. Mama przyjeżdża mnie uspokoić, po jakimś czasie zjawia się i Mieszko. Ze stoickim spokojem tuż przed wyjściem oznajmia mi jeszcze "czekaj, wytrę sobie tylko podeszwy butów". W drodze do szpitala skurcze robią się regularne - co 5 minut.

.

W szpitalu zjawiamy się o 9.00, w izbie przyjęć czeka spora kolejka osób, więc grzecznie siadam na krzesełku. Okazuje się jednak, że na porodówkę kolejka jest nieco krótsza. Mąż jakiejś innej ciężarnej widząc nasze liczenie skurczy ze stoperem - przepuszcza nas. Krótki wywiad i pani położna zaprasza mnie na KTG. Zestresowany Mieszko stoi 20 minut przed drzwiami, a ja zwijam się na kozetce i staram się oddychać w czasie skurczów miarowo i spokojnie jak przykazano. Po 20 minutach pani położna mówi jakiejś kobiecie, zapisanej na cesarkę "no - to dziś będzie najszczęśliwszy dzień w pani życiu". Po chwili sprawdza mój zapis KTG i mówi "dziś pani także będzie miała najszczęśliwszy dzień w swoim życiu. Nie ma wątpliwości, że poród się zaczął." Ogarnia mnie lekkie podniecenie. A więc to tak - skurcze nienajgorsze, takie mocniejsze bóle menstruacyjne co 5 minut, do zniesienia. Czyli tak się rodzi? Podczas gdy od kilku tygodni strasznie się stresowałam, wertowałam w panice i przekonaniu, że jestem nieprzygotowana strony internetowe czytając opisy porodów - nagle, stojąc twarzą w twarz przed faktem rodzenia ogarnia mnie przekonanie, że jestem do tego gotowa i dam radę. Wychodzę do Mieszka z dobrą nowiną i czekam na wizytę ginekologiczną. W międzyczasie piszę smsa do mamy: "rodzę!". Na wizycie dowiaduję się, że jestem "świetnie rokująca, mam miękką szyjkę, wszystko pięknie, 3 cm rozwarcia". Myślę "no to nieźle". Zostaję odesłana na porodówkę, Mieszko idzie po walizkę (oczywiście wcześniej jej nie wyjął, bo nie wierzył że rodzę ;).

..

Położna każe mi siąść na sofie, która okazuje się być przeznaczona dla oczekujących na cesarkę, co oznajmia mi przechodzący chwilę później lekarz. Przesiadam się szybko na inną sofę, choć trochę zazdroszczę im, że wiedzą przynajmniej dokładnie co ich czeka. Na salę porodową wchodzę między 10.30 a 11.00 i przywitana przez dwie przemiłe panie Kasie - położne zasiadam na fotelu i dowiaduję się, że jest już 5 cm rozwarcia. Ekspresowo idzie, panie zachwycone, świetnie się zapowiada. "Będzie chłopiec czy dziewczynka?" pyta położna. "Chłopiec - Gniewko" odpowiadam. "A więc Gniewko jeszcze w wprawdzie nie skumał, że ma się ustawić do wyjścia, ale postaramy się go przekonać, że już powinien zacząć się szykować." Skurcze się wzmagają, ale ja jestem jeszcze zupełnie rześka i "na chodzie". Uśmiecham się, żartuję - tylko gdy przychodzi skurcz przystaję i ciężko oddycham. Krążę nerwowo po sali, Mieszko proponuje, że włączy Trójeczkę. Protestuję - nie chcę żadnej muzyki. Zaczynają mi te skurcze coraz bardziej doskwierać. Pani Kasia proponuje lewatywę - ochoczo na nią przystaję, bo słyszałam zewsząd, że to przyspiesza sprawę. "Niech pani spróbuje wytrzymać 10 minut przed wypróżnieniem" zaleca pani Kasia i wychodzi. Wytrzymuję minutę i pędzę do ubikacji. Nagle wszystko zaczyna się intensyfikować - skurcze się wzmagają. Siedzę w łazience i słyszę jak za ścianą drze się rodząca kobieta. Ja też zaczynam się drzeć - ból staje się niesamowicie intensywny, wręcz zwala mnie z nóg. Słyszę, że Mieszko za drzwiami wesoło szczebiocze przez telefon, a ja zwijam się z bólu. Zrywam z siebie przywdzianą 10 minut wcześniej "kreację porodową" czyli koszulę flanelową w kratę i wchodzę pod prysznic. Niestety - na nic się to zdaję. Wychodzę z łazienki w niedopiętej koszuli z wrzaskiem. Wieszam się na Mieszku, przychodzi pani Kasia a ja podniesionym głosem (tak się da!) szepczę teatralnie (zupełnie nieintencjonalnie) "O Matko Boska, jak to boli! O Boże Święty! Nie mogę!". Dodatkowo jestem głodna. Przecież nic nie jadłam od wczorajszego wieczora, jestem na nogach od 6 rano a już południe. Pani Kasia sprawdza rozwarcie - nadal 5 cm. "Co?! Tak boli i nic się nie zmieniło? Niemożliwe!".

...

Mieszko nalewa mi ciepłej wody do wanny, jakimś cudem się tam wgramalam i zalegam drąc się przy każdym skurczu. Mieszko próbuje mnie uspokoić i zachęca do zamiany darcia na oddychanie - przekonuje, że będzie mi lepiej. Nie jest mi lepiej, ale staram się oddychać, porykuję jedynie w szczytach skurczu. Mieszko proponuje, że zrobi zdjęcia, a ja, choć przez całą ciążę trułam mu żeby wziął na porodówkę aparat, myślę  w duchu "On chyba zwariował. Czy on nie widzi, że jestem ledwie żywa? Co to za pytanie?". Zamiast robić mu wyrzuty, osuwam się jednak jeszcze głębiej do wanny, omdlałą ręką stukam lekko w czoło i kiwam głową przecząco.


Jedno z niewielu zdjęć, jakie udało się Mieszkowi zrobić na porodówce

O czym myślę? W skurczu skupiam się na przetrwaniu skurczu (byle do końca, za chwilę minie, dasz radę). Między skurczami oczekuję jak na ścięcie na kolejny skurcz. Jestem pogodzona ze swoją sytuacją - "a więc to muszą przejść kobiety by urodzić ukochane dziecko". Z bólu i słabości opadam z sił i poddaję się biegowi wydarzeń. Przychodzi pani Kasia - proszę ją o znieczulenie. Muszą mi pobrać krew - wyniki będą za 20 minut i wtedy będą rozmawiać z anestezjologiem. Już wtedy zaczynam mieć przypuszczenia, że mogę z tym znieczuleniem nie zdążyć.  Kiedy położna przychodzi po raz kolejny - wyników jeszcze nie ma, ale jest nieco krwi. Trzeba skontrolować rozwarcie. 8 cm - "oj, ze znieczuleniem to my na pewno nie zdążymy pani Zuziu. Za szybko to idzie. Niedługo będą parte, a na parte już znieczulenia pani nie dostanie". Po raz kolejny sprawdzają tętno dziecka na KTG, nie widzę ekranu, ale do tej pory było sprawdzane kilkakrotnie gdy tylko siadałam na fotel i wszystko było dobrze.

....

Dalsze wydarzenia tracą dla mnie kolejność chronologiczną, zacierają się, rozmywają, choć przecież byłam świadoma, bez żadnych leków, żadnych znieczuleń. Mieszko pyta pani Kasi czy nalać ciepłej wody do wanny - ona mu odpowiada, że już nie trzeba, do wanny już wchodzić nie będę. Po chwili pojawia się druga pani Kasia i prosi bym zdjęła z ręki moje bransoletki, by łatwiej było wkłuć wenflon. Sprawdza tętno. Wkłuwa się, podłącza kroplówkę, jak się okazuje na nic - podczas akcji porodowej kroplówka nie działa, krew cofa się do rurki. Rozwarcie 9 cm - "będziemy przeć" mówi położna. "Ale pełne rozwarcie to 10 cm" odpowiadam nadzwyczaj bystro jak na poziom bólu, którego doświadczam. "Trochę pomożemy" mówi położna i robi coś, nie wiem czy chcę wiedzieć co, ale działa. Faktycznie zaraz zaczynają się te sławetne skurcze parte. Jesteśmy w trójkę - ja, Mieszko i ona. Sprawdza znów tętno, podpowiada kiedy przeć. Wychodzi. Wraca, a wraz z nią wchodzi więcej osób. Lekarze, położne… razem jakieś 8 osób, wchodzą po kolei, coraz więcej. Nie zastanawiam się o co w tym wszystkim chodzi, nie analizuję sytuacji, wiem, że coś się dzieje. W rzeczywistości (jak dowiaduję się później od Mieszka) najpierw wszedł jeden lekarz ginekolog, a stopniowo liczba obserwatorów zaczęła się powiększać. Jednakże jak już wspominałam - moje poczucie ciągłości czasu gdzieś znikło - pamiętam wszystko jak jakiś sen, wspomnienia straciły żywe kolory, rozmiary odczuwanego bólu się zatarły, twarze ludzi rozmyły… Więc co pamiętam? Coś o tętnie, że zaczęło spadać. Nie moje - dziecka. Rozrywają mnie na strzępy, prę bo każą i krzyczę. W sali obok wciąż krzyczy jakaś inna kobieta. Krzyczymy na zmianę. Nie panikuję, bólu jest za dużo i nie ogarniam, po prostu jestem. Jestem i krzyczę. Każą mi przeć, bardzo wyraźnie nakazują mi przeć, mam wrażenie, że wszystkie położne i lekarze dopingują moje parcie. "Widzę główkę, piękne, gęste włosy" - słyszę od położnej. Pokaźnych gabarytów ginekolog kładzie się prawie całym ciężarem na moim brzuchu. Niewiele czuję emocjonalnie, wiele czuję werbalnie. Ale jednak wyczuwam, że zaczyna się robić bardzo nerwowo. Coś jest nie tak, tylko nie wiem co. Zakładają mi maskę z tlenem na twarz. Wiem, że coś mi wkładają do środka na siłę, domyślam się co to - próżnociąg. Taki "odkurzacz" do wyciągania dziecka, najczęściej stosowany gdy kobieta nie ma już siły przeć. A ja przecież mam. Szarpanie, w jedną, drugą stronę, siłowanie się. Próbują teraz tego próżnociągu użyć, ale im nie wychodzi… nie zasysa, pierwszy, drugi, trzeci raz... W końcu się udaje, za dwunastym razem. "Zuza, przyj jakby od tego wszystko zależało" mówi położna. Staram się, staram się, czuję się na wyczerpaniu, ale prę ile potrafię. "Oddychaj, nabierz powietrza. Musisz dotlenić dziecko" - w panice łykam powietrze by zdążyć przed kolejnym skurczem. Czuję w końcu jak wychodzi głowka, kilka rąk grzebie mi w środku próbując ją wyciągnąć, czuję barki. W końcu widzę Go. Urodziłam. Jest 12:55.

…..

Wszystko ucicha, już nie krzyczę z wysiłku - za to kobieta zza ściany ewidentnie jeszcze rodzi. Nadal słyszę jej wrzaski. Czuję ulgę i niepokój. Położna w skupieniu, jak najszybciej się da - przecina obwiązaną wokół szyi mojego dziecka pępowinę. Gniewko jest blady i się nie rusza. Jestem spokojna, nie panikuję - wiem, że muszę dać mu chwilę czasu, bo musiał się mocno zmęczyć. Mam przed oczami jeden z odcinków "Ekstremalnych porodów", kiedy kobieta urodziła w domu podduszone pępowiną, bledziutkie i nieruchome dziecko. Takiego flaczka małego, jak Gniewko. Wówczas byłam przerażona, oglądając tą scenę. "Jak to?" myślałam "Przecież dzieci rodzą się różowiutkie i wrzeszczące, a to wygląda jakby nie żyło.". Tymczasem po podaniu tlenu niemowlę zaczęło cichutko płakać i w rezultacie okazało się, że nic poważnego mu się nie stało. Po kilku minutach jego ciało zaczęło różowieć, i niebawem wyglądało już zupełnie normalnie. Może opatrzność i wówczas czuwała nade mną, że obejrzałam właściwie tylko ten jeden odcinek - i on właśnie okazał się taki potrzebny mojej psychice w tym trudnym momencie. Mojej i Mieszka - bo o dziwo on także pamiętał jak poruszona opowiadałam mu o tym odcinku. Tak więc nie panikowałam. Gniewka natychmiast wzieli do specjalnego stanowiska na sali porodowej, gdzie mogli go obejrzeć, ocenić i pomóc. "4 apgary" słyszę. "Tylko 4? Tak mało?!" - dopiero teraz zaczynam się niepokoić.


Stanowisko, przy którym zajęli się Gniewkiem po urodzeniu







Wiem, że ocena apgarów nie musi wcale wpływać na przyszły rozwój dziecka, ale zawsze słyszałam  "10 apgarów", a teraz nagle tak mało… "Dlaczego nie płacze?" pytam Mieszka. Wiem, jest wyczerpany, nie ma siły. Widzę jak Mieszko waha się czy ma być przy mnie, czy przy dziecku. Widzę wyraźnei napięcie na jego twarzy i dziwne, szeroko otwarte, zdezorientowane oczy. Mija kilka chwil i Gniewko zaczyna słabiutko płakać. Cicho, ale płacze. "Płacze, słyszysz?" mówi Mieszko. Nie muszą dzięki Bogu robić masażu serca, ani podawać tlenu - wystarcza wentylacja workiem ambu, aby zaczął efektywnie oddychać. Najmniej punktów otrzymuje za napięcie mięśniowe - jest tak osłabiony, że nie ma sił się ruszać. Pokazują mi go tylko na chwilkę, widzę go przez kilkanaście sekund - pozwalają pocałować w blade czółko. Potem muszą zabrać na obserwację neonatologiczną. Mierzy 56 cm, waży 3440 g. A mówili, że to będzie mały dzidziuś. Apgary po minucie - 4, po 3 minutach - 5, po 5 minutach - 7, po 10 minutach - 8. "Proszę się nie martwić. Dziecko dobrze się regeneruje, prawdopodobnie nic groźnego mu się nie stało." mówi mi neonatolog kilkanaście minut później, podczas gdy mnie jeszcze szyją na tym samym fotelu, na ktorym urodziłam. Czuję dokładnie igłę strzykawki ze znieczuleniem, ale jest mi już obojętnie. Zobojętniałam na ból. Poza tym już urodziłam, więc czym się tu przejmować. Znieczulenie słabo działa, po chwili czuję kolejne wkłucia i nici przebiegające przez zszywane rany. Mówię lekarce, że w zasadzie to wszystko czuję. "Możemy jeszcze podać dodatkowe znieczulenie" proponuje. "A, szkoda czasu. Niech pani szyje. Już i tak bardziej nie będzie bolało." Szyją mnie ponad pół godziny. 

…...

Nie wiem ile szwów zakładają, ale wiem, że jest ich dużo. Na parapecie dzwoni telefon, to pewnie mama. Mieszko zdążył jej jeszcze napisać smsa o partych skurczach, ale chyba nie uwierzyła. Przez całe pół godziny szycia nogi trzęsą mi się jak galareta, choć nie jestem spanikowana. Adrenalina działa. Mieszko ciągle trzyma mnie za rękę, tylko na chwilę idzie zobaczyć dzidziusia na neonatologii. "Urodziłam, już urodziłam, już po". Jestem spokojna. To do mnie zupełnie niepodobne, ale żyję przekonaniem, że skoro mi powiedzieli, że nic mu nie będzie, to nic mu nie będzie. Wszystko będzie dobrze. Nie rozpaczam, choć moje wymarzone 2 godziny z moim pierwszym dzieckiem na piersi, tuż po porodzie, o których tyle się trąbi, które większość kobiet wspomina z rozrzewnieniem jako najwspanialsze chwile w życiu - właśnie zostały mi bezpowrotnie zabrane. Nie było łez wzruszenia, ssania piersi na porodówce - tylko kilka sekund trwające cmoknięcie w czoło. Ale żyje, i nic mu nie będzie. Wywożą mnie na sale poporodową, na której przecież mieliśmy być w trójkę. Jesteśmy w dwójkę. Brzuch pusty, Gniewko na neonatologii. Jest mi trochę przykro, kiedy przywożą tą kobietę, która krzyczała w sali obok -  z jej synkiem. Ale nie rozpaczam, leżę pod kroplówką, zjadam bułkę z szynką zakupioną przez Mieszka w szpitalnym sklepiku i dzwonię do mamy. "Urodziłam" mówię i zaczynam opowiadać. Tą opowieść kontynuuję jeszcze wiele razy, przez kolejne dni, opowiadam ją wielu ludziom, sama analizuję, przeżywam, usiłuję przypomnieć sobie szczególy. Niesamowite jak bardzo z każdym dniem zapominam co się tam działo, jak bardzo nierealnym i odległym snem staje się to każdego dnia, jak bardzo wiele się rozmywa, zlewa, zaciera. I to jest powód, dla którego postanowiłam to wspomnienie zapisać na tyle, na ile pamiętam je miesiąc po. Jest to bardzo osobiste wspomnienie, bardzo naturalistyczne, ale jednocześnie bardzo ludzkie.



Gniewko kilka dni po porodzie



…….

Gniewka, dzięki Bogu, przynieśli mi jeszcze tego samego dnia wieczorem. Wyniki gazometrii wieczornej wyszły już idealnie. Pani neonatolog pocieszyła, że chłopiec ma dobry odruch ssania, oddycha i zachowuje się bez zarzutu. Nie byłam w stanie zająć się nim w nocy - wisiała jeszcze nade mną groźba narkozy z powodu dużego krwawienia, do czego na szczęście ostatecznie nie doszło. Ale już od 6.00 rano 18.01 bylismy razem. I jesteśmy razem już od miesiąca.