piątek, 14 lutego 2014

Kilka tysięcy słów o rodzeniu

"Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, 
już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat." (J 16, 21)

Święta prawda święty Janie!

6 dni przed porodem. 11.01.2014.

Tymczasem - 17 stycznia 2014. Pierwszy dzień 39 tygodnia ciąży. Trochę przed godziną 6.00 rano.

Budzę się, bo Mieszko krząta się po domu przed wyjściem do pracy. Po chwili uświadamiam sobie, że odczuwam delikatne, acz nieco bolesne skurcze. Już raz tak było, przeszło po godzinie. Mimo to - kiedy skurcze się powtarzają, zaczynam być lekko zaniepokojona. Wiem co mam robić - jeśli nie przejdzie trzeba wziąć no-spę, wziąć ciepły prysznic i liczyć skurcze. Mieszko mówi mi to samo i najzupełniej przekonany, że to skurcze przepowiadające, a nie porodowe - jedzie sobie do pracy. Najpierw zmieniam pozycję - tak polecili w poradniku dla ciężarnych. Siadam na łóżku  i czytam dalej. Skurcze co 10 minut - odpręż się, weź prysznic, może przejdzie. Co 7 minut - nie musisz się przejmować, jeszcze czas na wyjście do szpitala. 5 minut - zacznij się szykować. Biorę no-spę, biorę prysznic, zaczynam liczyć skurcze. Dziwne, miały być regularne, co 10 minut a u mnie są co 5 minut, 3 minuty, 4 minuty, minutę, 3 minuty… Odwracam stronę poradnika i czytam "Jeśli Twoje skurcze są nieregularne, ale częstsze niż co 5 minut - nie zwlekaj z wyjazdem do szpitala. Akcja porodowa może być już zaawansowana".



Kartka z zapisami skurczów

Niemożliwe - myślę - przecież nie boli aż tak mocno. Siadam przed kompem i wertuję internet szukając informacji o nieregularnych skurczach, w międzyczasie oznajmiam Idze i Pawłowi na facebookowym czacie, że właśnie mam skurcze - albo mi przejdzie albo dziś urodzę. Na wszelki wypadek idę umyć włosy. Dzwonię do Mieszka pierwszy raz, drugi, trzeci. Po pierwszym etapie niedowierzania, drugim etapie przekonywania mnie bym dalej liczyła skurcze, bo przecież jak mogę mieć tak często skoro miały być co 10 minut, trzecim etapie przeglądania internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na wątpliwości - wreszcie stwierdził, że po mnie przyjedzie. Minęła ponad godzina. W międzyczasie skurcze robią się nieco bardziej wyraziste, a ja w panice dzwonię do mamy. Czuję pustkę w żołądku, mam ochotę zjeść jajko sadzone z szynką, ale się rozmyślam. Mama przyjeżdża mnie uspokoić, po jakimś czasie zjawia się i Mieszko. Ze stoickim spokojem tuż przed wyjściem oznajmia mi jeszcze "czekaj, wytrę sobie tylko podeszwy butów". W drodze do szpitala skurcze robią się regularne - co 5 minut.

.

W szpitalu zjawiamy się o 9.00, w izbie przyjęć czeka spora kolejka osób, więc grzecznie siadam na krzesełku. Okazuje się jednak, że na porodówkę kolejka jest nieco krótsza. Mąż jakiejś innej ciężarnej widząc nasze liczenie skurczy ze stoperem - przepuszcza nas. Krótki wywiad i pani położna zaprasza mnie na KTG. Zestresowany Mieszko stoi 20 minut przed drzwiami, a ja zwijam się na kozetce i staram się oddychać w czasie skurczów miarowo i spokojnie jak przykazano. Po 20 minutach pani położna mówi jakiejś kobiecie, zapisanej na cesarkę "no - to dziś będzie najszczęśliwszy dzień w pani życiu". Po chwili sprawdza mój zapis KTG i mówi "dziś pani także będzie miała najszczęśliwszy dzień w swoim życiu. Nie ma wątpliwości, że poród się zaczął." Ogarnia mnie lekkie podniecenie. A więc to tak - skurcze nienajgorsze, takie mocniejsze bóle menstruacyjne co 5 minut, do zniesienia. Czyli tak się rodzi? Podczas gdy od kilku tygodni strasznie się stresowałam, wertowałam w panice i przekonaniu, że jestem nieprzygotowana strony internetowe czytając opisy porodów - nagle, stojąc twarzą w twarz przed faktem rodzenia ogarnia mnie przekonanie, że jestem do tego gotowa i dam radę. Wychodzę do Mieszka z dobrą nowiną i czekam na wizytę ginekologiczną. W międzyczasie piszę smsa do mamy: "rodzę!". Na wizycie dowiaduję się, że jestem "świetnie rokująca, mam miękką szyjkę, wszystko pięknie, 3 cm rozwarcia". Myślę "no to nieźle". Zostaję odesłana na porodówkę, Mieszko idzie po walizkę (oczywiście wcześniej jej nie wyjął, bo nie wierzył że rodzę ;).

..

Położna każe mi siąść na sofie, która okazuje się być przeznaczona dla oczekujących na cesarkę, co oznajmia mi przechodzący chwilę później lekarz. Przesiadam się szybko na inną sofę, choć trochę zazdroszczę im, że wiedzą przynajmniej dokładnie co ich czeka. Na salę porodową wchodzę między 10.30 a 11.00 i przywitana przez dwie przemiłe panie Kasie - położne zasiadam na fotelu i dowiaduję się, że jest już 5 cm rozwarcia. Ekspresowo idzie, panie zachwycone, świetnie się zapowiada. "Będzie chłopiec czy dziewczynka?" pyta położna. "Chłopiec - Gniewko" odpowiadam. "A więc Gniewko jeszcze w wprawdzie nie skumał, że ma się ustawić do wyjścia, ale postaramy się go przekonać, że już powinien zacząć się szykować." Skurcze się wzmagają, ale ja jestem jeszcze zupełnie rześka i "na chodzie". Uśmiecham się, żartuję - tylko gdy przychodzi skurcz przystaję i ciężko oddycham. Krążę nerwowo po sali, Mieszko proponuje, że włączy Trójeczkę. Protestuję - nie chcę żadnej muzyki. Zaczynają mi te skurcze coraz bardziej doskwierać. Pani Kasia proponuje lewatywę - ochoczo na nią przystaję, bo słyszałam zewsząd, że to przyspiesza sprawę. "Niech pani spróbuje wytrzymać 10 minut przed wypróżnieniem" zaleca pani Kasia i wychodzi. Wytrzymuję minutę i pędzę do ubikacji. Nagle wszystko zaczyna się intensyfikować - skurcze się wzmagają. Siedzę w łazience i słyszę jak za ścianą drze się rodząca kobieta. Ja też zaczynam się drzeć - ból staje się niesamowicie intensywny, wręcz zwala mnie z nóg. Słyszę, że Mieszko za drzwiami wesoło szczebiocze przez telefon, a ja zwijam się z bólu. Zrywam z siebie przywdzianą 10 minut wcześniej "kreację porodową" czyli koszulę flanelową w kratę i wchodzę pod prysznic. Niestety - na nic się to zdaję. Wychodzę z łazienki w niedopiętej koszuli z wrzaskiem. Wieszam się na Mieszku, przychodzi pani Kasia a ja podniesionym głosem (tak się da!) szepczę teatralnie (zupełnie nieintencjonalnie) "O Matko Boska, jak to boli! O Boże Święty! Nie mogę!". Dodatkowo jestem głodna. Przecież nic nie jadłam od wczorajszego wieczora, jestem na nogach od 6 rano a już południe. Pani Kasia sprawdza rozwarcie - nadal 5 cm. "Co?! Tak boli i nic się nie zmieniło? Niemożliwe!".

...

Mieszko nalewa mi ciepłej wody do wanny, jakimś cudem się tam wgramalam i zalegam drąc się przy każdym skurczu. Mieszko próbuje mnie uspokoić i zachęca do zamiany darcia na oddychanie - przekonuje, że będzie mi lepiej. Nie jest mi lepiej, ale staram się oddychać, porykuję jedynie w szczytach skurczu. Mieszko proponuje, że zrobi zdjęcia, a ja, choć przez całą ciążę trułam mu żeby wziął na porodówkę aparat, myślę  w duchu "On chyba zwariował. Czy on nie widzi, że jestem ledwie żywa? Co to za pytanie?". Zamiast robić mu wyrzuty, osuwam się jednak jeszcze głębiej do wanny, omdlałą ręką stukam lekko w czoło i kiwam głową przecząco.


Jedno z niewielu zdjęć, jakie udało się Mieszkowi zrobić na porodówce

O czym myślę? W skurczu skupiam się na przetrwaniu skurczu (byle do końca, za chwilę minie, dasz radę). Między skurczami oczekuję jak na ścięcie na kolejny skurcz. Jestem pogodzona ze swoją sytuacją - "a więc to muszą przejść kobiety by urodzić ukochane dziecko". Z bólu i słabości opadam z sił i poddaję się biegowi wydarzeń. Przychodzi pani Kasia - proszę ją o znieczulenie. Muszą mi pobrać krew - wyniki będą za 20 minut i wtedy będą rozmawiać z anestezjologiem. Już wtedy zaczynam mieć przypuszczenia, że mogę z tym znieczuleniem nie zdążyć.  Kiedy położna przychodzi po raz kolejny - wyników jeszcze nie ma, ale jest nieco krwi. Trzeba skontrolować rozwarcie. 8 cm - "oj, ze znieczuleniem to my na pewno nie zdążymy pani Zuziu. Za szybko to idzie. Niedługo będą parte, a na parte już znieczulenia pani nie dostanie". Po raz kolejny sprawdzają tętno dziecka na KTG, nie widzę ekranu, ale do tej pory było sprawdzane kilkakrotnie gdy tylko siadałam na fotel i wszystko było dobrze.

....

Dalsze wydarzenia tracą dla mnie kolejność chronologiczną, zacierają się, rozmywają, choć przecież byłam świadoma, bez żadnych leków, żadnych znieczuleń. Mieszko pyta pani Kasi czy nalać ciepłej wody do wanny - ona mu odpowiada, że już nie trzeba, do wanny już wchodzić nie będę. Po chwili pojawia się druga pani Kasia i prosi bym zdjęła z ręki moje bransoletki, by łatwiej było wkłuć wenflon. Sprawdza tętno. Wkłuwa się, podłącza kroplówkę, jak się okazuje na nic - podczas akcji porodowej kroplówka nie działa, krew cofa się do rurki. Rozwarcie 9 cm - "będziemy przeć" mówi położna. "Ale pełne rozwarcie to 10 cm" odpowiadam nadzwyczaj bystro jak na poziom bólu, którego doświadczam. "Trochę pomożemy" mówi położna i robi coś, nie wiem czy chcę wiedzieć co, ale działa. Faktycznie zaraz zaczynają się te sławetne skurcze parte. Jesteśmy w trójkę - ja, Mieszko i ona. Sprawdza znów tętno, podpowiada kiedy przeć. Wychodzi. Wraca, a wraz z nią wchodzi więcej osób. Lekarze, położne… razem jakieś 8 osób, wchodzą po kolei, coraz więcej. Nie zastanawiam się o co w tym wszystkim chodzi, nie analizuję sytuacji, wiem, że coś się dzieje. W rzeczywistości (jak dowiaduję się później od Mieszka) najpierw wszedł jeden lekarz ginekolog, a stopniowo liczba obserwatorów zaczęła się powiększać. Jednakże jak już wspominałam - moje poczucie ciągłości czasu gdzieś znikło - pamiętam wszystko jak jakiś sen, wspomnienia straciły żywe kolory, rozmiary odczuwanego bólu się zatarły, twarze ludzi rozmyły… Więc co pamiętam? Coś o tętnie, że zaczęło spadać. Nie moje - dziecka. Rozrywają mnie na strzępy, prę bo każą i krzyczę. W sali obok wciąż krzyczy jakaś inna kobieta. Krzyczymy na zmianę. Nie panikuję, bólu jest za dużo i nie ogarniam, po prostu jestem. Jestem i krzyczę. Każą mi przeć, bardzo wyraźnie nakazują mi przeć, mam wrażenie, że wszystkie położne i lekarze dopingują moje parcie. "Widzę główkę, piękne, gęste włosy" - słyszę od położnej. Pokaźnych gabarytów ginekolog kładzie się prawie całym ciężarem na moim brzuchu. Niewiele czuję emocjonalnie, wiele czuję werbalnie. Ale jednak wyczuwam, że zaczyna się robić bardzo nerwowo. Coś jest nie tak, tylko nie wiem co. Zakładają mi maskę z tlenem na twarz. Wiem, że coś mi wkładają do środka na siłę, domyślam się co to - próżnociąg. Taki "odkurzacz" do wyciągania dziecka, najczęściej stosowany gdy kobieta nie ma już siły przeć. A ja przecież mam. Szarpanie, w jedną, drugą stronę, siłowanie się. Próbują teraz tego próżnociągu użyć, ale im nie wychodzi… nie zasysa, pierwszy, drugi, trzeci raz... W końcu się udaje, za dwunastym razem. "Zuza, przyj jakby od tego wszystko zależało" mówi położna. Staram się, staram się, czuję się na wyczerpaniu, ale prę ile potrafię. "Oddychaj, nabierz powietrza. Musisz dotlenić dziecko" - w panice łykam powietrze by zdążyć przed kolejnym skurczem. Czuję w końcu jak wychodzi głowka, kilka rąk grzebie mi w środku próbując ją wyciągnąć, czuję barki. W końcu widzę Go. Urodziłam. Jest 12:55.

…..

Wszystko ucicha, już nie krzyczę z wysiłku - za to kobieta zza ściany ewidentnie jeszcze rodzi. Nadal słyszę jej wrzaski. Czuję ulgę i niepokój. Położna w skupieniu, jak najszybciej się da - przecina obwiązaną wokół szyi mojego dziecka pępowinę. Gniewko jest blady i się nie rusza. Jestem spokojna, nie panikuję - wiem, że muszę dać mu chwilę czasu, bo musiał się mocno zmęczyć. Mam przed oczami jeden z odcinków "Ekstremalnych porodów", kiedy kobieta urodziła w domu podduszone pępowiną, bledziutkie i nieruchome dziecko. Takiego flaczka małego, jak Gniewko. Wówczas byłam przerażona, oglądając tą scenę. "Jak to?" myślałam "Przecież dzieci rodzą się różowiutkie i wrzeszczące, a to wygląda jakby nie żyło.". Tymczasem po podaniu tlenu niemowlę zaczęło cichutko płakać i w rezultacie okazało się, że nic poważnego mu się nie stało. Po kilku minutach jego ciało zaczęło różowieć, i niebawem wyglądało już zupełnie normalnie. Może opatrzność i wówczas czuwała nade mną, że obejrzałam właściwie tylko ten jeden odcinek - i on właśnie okazał się taki potrzebny mojej psychice w tym trudnym momencie. Mojej i Mieszka - bo o dziwo on także pamiętał jak poruszona opowiadałam mu o tym odcinku. Tak więc nie panikowałam. Gniewka natychmiast wzieli do specjalnego stanowiska na sali porodowej, gdzie mogli go obejrzeć, ocenić i pomóc. "4 apgary" słyszę. "Tylko 4? Tak mało?!" - dopiero teraz zaczynam się niepokoić.


Stanowisko, przy którym zajęli się Gniewkiem po urodzeniu







Wiem, że ocena apgarów nie musi wcale wpływać na przyszły rozwój dziecka, ale zawsze słyszałam  "10 apgarów", a teraz nagle tak mało… "Dlaczego nie płacze?" pytam Mieszka. Wiem, jest wyczerpany, nie ma siły. Widzę jak Mieszko waha się czy ma być przy mnie, czy przy dziecku. Widzę wyraźnei napięcie na jego twarzy i dziwne, szeroko otwarte, zdezorientowane oczy. Mija kilka chwil i Gniewko zaczyna słabiutko płakać. Cicho, ale płacze. "Płacze, słyszysz?" mówi Mieszko. Nie muszą dzięki Bogu robić masażu serca, ani podawać tlenu - wystarcza wentylacja workiem ambu, aby zaczął efektywnie oddychać. Najmniej punktów otrzymuje za napięcie mięśniowe - jest tak osłabiony, że nie ma sił się ruszać. Pokazują mi go tylko na chwilkę, widzę go przez kilkanaście sekund - pozwalają pocałować w blade czółko. Potem muszą zabrać na obserwację neonatologiczną. Mierzy 56 cm, waży 3440 g. A mówili, że to będzie mały dzidziuś. Apgary po minucie - 4, po 3 minutach - 5, po 5 minutach - 7, po 10 minutach - 8. "Proszę się nie martwić. Dziecko dobrze się regeneruje, prawdopodobnie nic groźnego mu się nie stało." mówi mi neonatolog kilkanaście minut później, podczas gdy mnie jeszcze szyją na tym samym fotelu, na ktorym urodziłam. Czuję dokładnie igłę strzykawki ze znieczuleniem, ale jest mi już obojętnie. Zobojętniałam na ból. Poza tym już urodziłam, więc czym się tu przejmować. Znieczulenie słabo działa, po chwili czuję kolejne wkłucia i nici przebiegające przez zszywane rany. Mówię lekarce, że w zasadzie to wszystko czuję. "Możemy jeszcze podać dodatkowe znieczulenie" proponuje. "A, szkoda czasu. Niech pani szyje. Już i tak bardziej nie będzie bolało." Szyją mnie ponad pół godziny. 

…...

Nie wiem ile szwów zakładają, ale wiem, że jest ich dużo. Na parapecie dzwoni telefon, to pewnie mama. Mieszko zdążył jej jeszcze napisać smsa o partych skurczach, ale chyba nie uwierzyła. Przez całe pół godziny szycia nogi trzęsą mi się jak galareta, choć nie jestem spanikowana. Adrenalina działa. Mieszko ciągle trzyma mnie za rękę, tylko na chwilę idzie zobaczyć dzidziusia na neonatologii. "Urodziłam, już urodziłam, już po". Jestem spokojna. To do mnie zupełnie niepodobne, ale żyję przekonaniem, że skoro mi powiedzieli, że nic mu nie będzie, to nic mu nie będzie. Wszystko będzie dobrze. Nie rozpaczam, choć moje wymarzone 2 godziny z moim pierwszym dzieckiem na piersi, tuż po porodzie, o których tyle się trąbi, które większość kobiet wspomina z rozrzewnieniem jako najwspanialsze chwile w życiu - właśnie zostały mi bezpowrotnie zabrane. Nie było łez wzruszenia, ssania piersi na porodówce - tylko kilka sekund trwające cmoknięcie w czoło. Ale żyje, i nic mu nie będzie. Wywożą mnie na sale poporodową, na której przecież mieliśmy być w trójkę. Jesteśmy w dwójkę. Brzuch pusty, Gniewko na neonatologii. Jest mi trochę przykro, kiedy przywożą tą kobietę, która krzyczała w sali obok -  z jej synkiem. Ale nie rozpaczam, leżę pod kroplówką, zjadam bułkę z szynką zakupioną przez Mieszka w szpitalnym sklepiku i dzwonię do mamy. "Urodziłam" mówię i zaczynam opowiadać. Tą opowieść kontynuuję jeszcze wiele razy, przez kolejne dni, opowiadam ją wielu ludziom, sama analizuję, przeżywam, usiłuję przypomnieć sobie szczególy. Niesamowite jak bardzo z każdym dniem zapominam co się tam działo, jak bardzo nierealnym i odległym snem staje się to każdego dnia, jak bardzo wiele się rozmywa, zlewa, zaciera. I to jest powód, dla którego postanowiłam to wspomnienie zapisać na tyle, na ile pamiętam je miesiąc po. Jest to bardzo osobiste wspomnienie, bardzo naturalistyczne, ale jednocześnie bardzo ludzkie.



Gniewko kilka dni po porodzie



…….

Gniewka, dzięki Bogu, przynieśli mi jeszcze tego samego dnia wieczorem. Wyniki gazometrii wieczornej wyszły już idealnie. Pani neonatolog pocieszyła, że chłopiec ma dobry odruch ssania, oddycha i zachowuje się bez zarzutu. Nie byłam w stanie zająć się nim w nocy - wisiała jeszcze nade mną groźba narkozy z powodu dużego krwawienia, do czego na szczęście ostatecznie nie doszło. Ale już od 6.00 rano 18.01 bylismy razem. I jesteśmy razem już od miesiąca.




28 komentarzy:

  1. Pani Zuzanno. Gratuluje slicznego synka. Pozdrawiam serdecznie.
    Monika O.

    OdpowiedzUsuń
  2. ależ mi serce waliło, coraz mocniej!
    zauważyłam, że coraz częściej kobiety piszą o porodzie..całą prawdę i tylko prawdę, wzruszające, poruszające, no i trochę mnie to przeraża..
    gratuluje Zuziu :)
    Gosia P. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Gosiu :))) Nie przerażaj się - to mało prawdopodobne, że spotka Cię to samo co mnie. Większość porodów jest bardziej normalna :P

      Usuń
  3. Gratuluję!!! Post przeczytałam jednym tchem i muszę Ci powiedzieć, że się wzruszyłam. Byłaś dzielna gratuluję Ci:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :) Wszystkie jesteśmy dzielne - trochę nie mamy wyjścia ;) pozdrawiam!

      Usuń
  4. Jest taki blog: www.dobryporod.wordpress.com - moim zdaniem świetnie gdyby Wasza historia się tam znalazła. Pomyśl o tym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmm… przeczytałam wlasnie i coś mi się zdaje, że autorka mogłby nie chcieć takiego opisu porodu jak mój… chyba chodzi o to, żeby nikogo nie straszyć, a z tego co widzę, większość kobiet, które jeszcze nie rodziły jest przerażona po przeczytaniu tego opisu ;)

      Usuń
  5. Cześć!
    Nasze mamy przyjaźnią się internetowo. Jedna drugą informuje o naszych ciążach, porodach i przeżyciach ;) Dzisiaj dostałam linka do Twojego bloga - od razu wszystko przeczytałam.
    Przede wszystkim gratuluję cudnego chłopca. Utożsamiam się z Twoimi przeżyciami całkowicie. Mojej Magdalenie też zniknął puls, tez najadłam się strachu, bólu i niestety później przykrości od strony położnych na piętrze poporodowym :/
    Nie była to dla mnie żadna wzniosła chwila a z całą sytuacją oswajałam się przez kilka dni i nie w głowie mi było dobierać telefony.
    Najfajniejszy będzie 3/4 miesiąc - będziesz zauważała dużo zmian i dużo kontaktu werbalnego od dzidziusia :) ...a może 5 i pozostałe będą jeszcze fajniejsze... na razie wszystko przed nami :D

    Pozdrawiamy:
    Sylwia i Magda

    OdpowiedzUsuń
  6. Czesc! Dzieki ze komentarz i gratulacje :) Tobie też gratuluję! Zawsze razniej, ze nie ja jedna mialam takie doswiadczenia… chociaz nikomu nie życzę. Czekamy zatem na kolejne zmiany w rozwoju Gniewka i Magdy :) pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej trafiłam do ciebie z Notes okołociążowy :)
    Dodaje do śledzenia i zapraszam do nas :)

    http://ciazowomi.wordpress.com/
    http://ciazowomi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Zuza czytam opis twojego porodu, boże to jak mój...tyle, że ty miałaś rozwarcie jak trafiłaś na porodówkę ja nie
    http://ciazowomi.wordpress.com/2013/12/15/katharsis-porod-i-baby-blues/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie :))) fajnie się czytało - nie ma to jak opisy porodów :p

      Usuń
  9. Witaj, widzialm twoj komentarz pod wpisem na blogu Makoli i mnie zaciekawilas. Gratuluje syna i gratuluje rowniez, ze w tak trudnej chwli bylas w stanie zachowac spokoj. Moj porod rowniez odbywal sie w nieco dramtycznych okolicznosciach, ale z innego powodu - urodzilam skrajnego wczesniaka w 28tc. Mimo, iz bylo to juz prawie 2 lata temu to wspomnienia wciaz sa zywe i powracaja ze zdwojona sila jak cztam wpisy o innych porodach. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Domyślam się, że to musiały być dla Ciebie dramatyczne chwile :( Choć sytuacje zupełnie różne… ale jestem w stanie sobie to wyobrazić.

      Usuń
  10. Piękny opis. Trochę później było strasznie, ale dobrze, że mały jest zdrowy. Gniewko :) Ciekawe imię.. Zastanawiam się dlaczego takie imię wybrałaś :)
    Będę częściej zaglądać do Ciebie. Pozdrawiam i zapraszam do mnie :)

    czekamynacud.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) Imię wybrał mój mąż, który ma na imię Mieszko :)

      Usuń
  11. Płakałam czytając. Nasz mały wojownik jest z nami już prawie rok i mimo, że poród był długi i ciężki, to nie zamieniłabym tego doświadczenia na żadne inne - całe to cierpienie było niczym w porównaniu z pierwszym naszym przytuleniem :)
    Obojgu Wam życzę dużo zdrówka i sił - i niech słońce zawsze Wam świeci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :) zgadzam się z Tobą w 100%.

      Usuń
  12. czytałam ten post wraz z moim partnerem i oboje się bardzo wzruszyliśmy:) chociaż były też momenty, które nas rozbawiły:) pozdrawiam i zapraszam do mnie http://swiat-mimi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Trafiłam tutaj przypadkiem. Wnioskuję, że rodziłaś w Szpitalu Bonifratrów w Katowicach? :) Ja również, tylko z tą różnicą, że w sierpniu 2012 :) z chęcią nadrobię poprzednie posty i zostanę na dlużej :)
    Pozdrawiam, Wiola.

    OdpowiedzUsuń
  14. Czytam opisy cudzych porodów, a chyba nie powinnam. Przyznam szczerze, że czytałam i zazdrościłam. Zdaję sobie sprawę, że to było trudne przeżycie. Doskonale rozumiem rozłąkę z dzieckiem. U nas trwała ona miesiąc.
    Zazdroszczę, bo już nigdy nie doświadczę cudu narodzin siłami natury. Mało mówi się o bólu porodowym, jeszcze mniej o tym co czują kobiety po cesarskim cięciu. Szczególnie jeśli poród przyszedł o wiele za wcześnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poważnie, zazdrościłaś? To chyba jesteś pierwszą osobą. Ja nikomu nie życzę takiego porodu. Rozumiem, że niektórzy mieli gorsze sytuacje niż ja, u mnie skończyło się w sumie nie najgorzej, ale wówczas nie wiedziałam tego. I mam taką traumę, że szczerze wolałabym rodzić przez cesarkę, choc zdaję sobie sprawę z jej ograniczeń i ryzyka jakie niesie ze sobą. Sama leżałam z dwiema kobietami po cesarce na sali - jedna znosiła to bardzo kiepsko, ale po 5 dniach wyszła w nienajgorszym stanie, a druga była od poczatku w stanie rewelacyjnym, wstała gdy tylko się dało i mówiła, że czuje się dobrze. Także to, jak kobiety znoszą cesarki zależy od organizmu, sytuacji itd. Tak samo porodu naturalne - mój połóg trwał ponad 2 miesiące. To bardzo subiektywne doświadczenia i oceny. Współczuję Ci bardzo rozłąki z dzieckiem - domyslam się tylko jak ciężkie to doświadczenie, nie mniej stwierdzenie, że zazdrościsz mi porodu też jest bardzo subiektywne, bo nie masz pojęcia na temat skali bólu jakiego doświadczyłam znosząc na żywca wsadzanie próżnociągu do macicy (dwóch różnych), który nawet nie chciał zassać. Nie ma to niestety wiele wspólnego z fizjologicznym porodem. Z przykrością, ale mój poród nie był dla mnie osobiście, jak piszesz "doświadczeniem cudu narodzin siłami natury", a doświadczeniem masakry na żywca plus strachu o dziecko i rozczarowania przebiegiem całego zdarzenia. Nie polecam tego typu 'cudów narodzin'. Kończą się traumą i strachem przed kolejnym porodem.

      Usuń
  15. Przypadkiem trafiłam na Twojego bloga i przeczytałam historię o narodzinach Gniewka. Przypomniał mi się mój poród - chwilę przed Twoim, pod koniec grudnia zeszłego roku. Po "idealnej", książkowej ciąży miał być równie idealny poród w Domu Narodzin. Niestety również nie obyło się bez komplikacji - po 10 dniach po terminie trafiłam na patologię. Podczas porodu Młodemu również zaczęło spadać tętno. Zamieszanie na sali. Lekarz gotowy do cesarki. Tego stresu nie zapomnę nigdy! Podobno do porodu potrzeba jest oksytocyna... Ja miałam całe pokłady adrenaliny ;) Marzyłam o aktywnym porodzie, a leżałam podpięta do KTG i przy każdym skurczu umierałam ze stresu o mojego synka. Mały przyszedł na świat okręcony pępowiną... Na szczęście cały i zdrowy. I tak to właśnie można pisać "plan porodu"... Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  16. Przepięknie opisałaś swój poród. Wróciły moje wspomnienia. Córkę rodziłam 21 lat temu, bez komplikacji i wiele nie pamiętam, ale 13 lat temu rodziłam syna i przebieg był bardzo podobny do Twojego. Też miał vacum.
    Piękne imię wybraliście dla synka. Gniewkowi życzę mnóstwo zdrowia a Wam szczęścia.
    Pozdrawiam cieplutko :):):)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ależ trzymający w napięciu opis! Jak dobrze, że tyle zapamiętałaś, będzie wspaniała pamiątka dla Gniewka! Podczas jednych z narodzin, widziałem moment jak położna ciachnęła przyszłą mamę przed porodem, tylko jęk bólu słyszałem. I dźwięk cięcia,.. aż mnie zabolało .. Pewnie miałaś tak samo. "#‎mylove‬ ‪#‎kocham‬" - widzisz ;-) To z Twojego walla :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Cześć ! Czytałam w niesamowitym napieciu.... Jestem w 20 tygodnia ciąży i niczego w życiu tak się nie bałam jak porodu... Podziwiam Cie, że tak świetnie dałaś sobie że wszystkim radę i dobrze że z dzidziusiem wszystko było po porodzie w porzadku. Mam termin na 19.01 więc jeszcze trochę czasu przede mną by oswoić się z wizją tego bólu ale i zarazem szczęścia :) wszystkiego dobrego :)

    OdpowiedzUsuń