wtorek, 29 kwietnia 2014

Chrzest, kryzys laktacyjny, poporodowe zapalenie tarczycy itd.

fot. Magda Garncarek



Dawno nie pisałam. Ostatnie tygodnie mnie nieco przytłoczyły. Nie do końca potrafię je sobie poukładać pod kątem chronologicznym, ale na pewno działo się na tyle dużo, że nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo sił by usiąść i wytężyć się intelektualnie w celu spłodzenia nowej notki.

Wydarzeniem numer jeden jest na pewno Chrzest Święty Gniewka Beniamina, który odbył się w minioną sobotę. Dziecię nasze wykazało się odpowiednim wyczuciem chwili i postanowiło przespać całą mszę, by otworzyć jedynie oczy w momencie polania wodą, po czym zamknąć je z powrotem i spać dalej w najlepsze. Huczna impreza mająca miejsce do wieczora również nie była mu straszna. Ostatnie obserwacje jego zachowań w większych skupiskach ludzi prowokują mnie do wysnucia hipotezy, że Bubusek przepada za przebywaniem w stadzie. Im więcej się dzieje - tym lepiej. W święta wielkanocne  także zachowywał się jak aniołek - rodzina nie mogła wyjść z podziwu. Leżał sobie w najlepsze i przyglądał się otoczeniu. 

fot. +foto


Pierwszą  wyprawę do galerii handlowej również możemy uznać za udaną, mimo, iż poniższe zdjęcie zdaje się tego nie ilustrować najlepiej. Ryk rozległ się dopiero po 2 godzinach naprzemiennego oglądania otoczenia i drzemania - dziecko się ostatecznie znudziło gwarem  i chyba zrobiło się głodne. 

Niedługo po wizycie w centrum handlowym zaczął się mój pierwszy, odczuwalny kryzys laktacyjny. Piersi zrobiły się bardziej miękkie niż dotychczas, Gniewko chciał jeść znacznie częściej, i zaczynał się denerwować podczas ssania, jakby odczuwał, że pokarm się kończy, że jest go za mało. Sprawę potwierdziła próba odciągnięcia pokarmu laktatorem - podczas gdy do tej pory udawało się odciągnąć co najmniej 50-70 ml za jednym razem - tym razem ledwie ociupinka zebrała się na dnie. Zachowałam jednak spokój ducha, głównie dzięki temu, że przez ostatnie miesiące moja wiedza o laktacji znacznie się poszerzyła. I wiedziałam już, że taki kryzys zdarza się często właśnie w 3 miesiącu (ale również w 3, 5, 6 tygodniu oraz 6, 9 miesiącu). Zazwyczaj jest to związane z dostosowaniem się podaży pokarmu do kolejnych etapów rozwoju dziecka (skoki rozwojowe), lub ze stresem czy zmianami hormonalnymi. Najbardziej skutecznym i najlepszym sposobem rozwiązania tego problemu - jest jak najczęstsze przystawianie dziecka do piersi na żądanie. Tak też robiłam, mimo lekkiego stresu, że dziecko się nie najada. Dodatkowo wspomagałam się herbatkami na laktację i piwem bezalkoholowym Karmi, choć nie do końca wierzę w zbawienną moc tych specyfików. Tak czy siak - nie zaszkodziło spróbować. Wiedziałam natomiast, że najgorszym rozwiązaniem w sytuacji kryzysu laktacyjnego, jeśli chce się utrzymać laktację - jest podanie mleka modyfikowanego. Wówczas dziecko naje się mlekiem modyfikowanym (a jest ono cięższe do strawienia niż pokarm kobiecy) i nie będzie potrzebowało już tak częstego przystawiania do piersi, a co za tym idzie - nie będzie stymulowało ich do produkcji pokarmu. I tak koło się zamyka. Na szczęście miałam wsparcie mojej mamy i dobrych rad płynących z fejsbukowej grupy wsparcia Karmiące cyce na ulice :). "Grozy" całej sytuacji dodawał fakt, że od dwóch tygodni Gniewko bardzo mało przybierał (ok. 60 g na tydzień) i pediatra u której byliśmy powiedziała, że jeśli do następnego tygodnia nie przytyje 150 g - to musimy się zjawić w przychodni ponownie. Na szczęście futrowanie Gniewka mlekiem popłaciło - w tym samym tygodniu, w którym zdarzył się nam kryzys - moje dziecko przytyło aż 240 g! Ponowna wizyta w przychodni nie była więc potrzebna. Problemy z tyciem były prawdopodobnie związane z rzadszym jedzeniem i czasem naprawdę długimi przerwami nocnymi (ok 8 h), a to właśnie pokarm nocny jest najtłustszy. Teraz budzę Gniewka na ostatni posiłek ok godziny 12 w nocy, tuż przed moim pójściem spać. 


Wszystko zrobiło się jeszcze bardziej skomplikowane, ponieważ pediatra zaniepokoiła się zmianami skórnymi na buźce Bubuska i zaleciła mi nie jedzenie nabiału (w tym jaj) przez cały tydzień. Faktycznie - nieustannie pojawiające się i znikające suche plamy z krostkami na czółku, głowie, skroniach, czasem na policzkach - wyglądały trochę jak alergia. Już kiedyś sugerowałam to innej lekarce, ale ta stwierdziła, że to nie to. Postanowiłam jednak odwlec sprawę na "po świętach", bo nie dość, że jestem wielbicielką nabiału w każdej postaci, to świąt bez jajek już sobie zupełnie nie umiałam wyobrazić. Ale próbowałam się mocno ograniczyć. Na radykalną dietę przeszłam zaraz po świętach, ale te suche plamy wciąż nie dawały mi spokoju. Udało mi się zapisać Gniewka z dnia na dzień do dermatologa, który z kolei orzekł, że to nie żadna alergia, tylko "rogowacenie skóry" typowe dla niemowląt. Kazał smarować kremem i nie ograniczać się z dietą. Wróciłam do nabiału w ograniczonej formie, choć sprawa skóry się nie poprawia. Kolejna wizyta za nieco ponad tydzień. Niestety niejedzenie nabiału mi wyraźnie nie służy. Nabiał był w niemal każdym moim posiłku, a jedzenie chleba z samą szynką (bez masła) i plastrem pomidora czy też samym dżemem - średnio mi odpowiada. Pasztety wegetarianskie - też nie bardzo. Tym sposobem, zjadłszy na śniadanie jedynie kromeczkę z dżemem - prawie zemdlałam stojąc w rejestracji u dermatologa, gdzie dodatkowo było duszno i śmierdziało potem. Nie wiem czy nie miała też na to wpływu moja, jak się okazuje będąca w nienajlepszym stanie -  tarczyca. Otóż, jako ofiara choroby Hashimoto, skutkującej jej niedoczynnością - od roku biorę hormon, którego moja tarczyca nie wytwarza w wystarczających ilościach. Ostatnią kontrolę hormonów tarczycy miałam 6 tygodni po porodzie i wszystko było w najlepszym porządku - wyniki w idealnej normie. Tymczasem wczoraj ze zdumieniem odkryłam, iż moje wyniki nie tylko są dalece poza normą - to na dodatek są skrajnie odmienne od wyników (nawet tych złych), które miałam do tej pory. TSH, który przed leczeniem był w nadmiarze - nagle jest na zatrważająco niziutkim poziomie. FT4, który zawsze był w normie - nagle jest znacznie ponad nią! Jednym słowem zamiast niedoczynności - mam teraz nadczynność. Jutro idę do endokrynologa, ale wszystko wskazuje na to, że przechodzę tzw. poporodowe zapalenie tarczycy i po tym epizodzie nadczynności, po ok 1-2 miesiącach wszystko powinno się uregulować. Mam taką cichą nadzieję, bo ostatnio zdecydowanie za dużo tych wizyt lekarskich.

fot. Magda Garncarek


No i odwiedziła nas moja kochana Madzia, która jest autorką powyższych zdjęć "przed i po".

A co poza tym? Bubusek w końcu zaczął chwytać! Czekałam na to dość długo i już nie mogłam się doczekać. Wydaje również coraz to częstsze i donośniejsze dźwięki o przeróżnym natężeniu - z reguły piski, krzyki o zabarwieniu raczej pozytywnym ;) Uśmiecha się baaardzo często. Zazwyczaj gdy nachylam się rano nad jego łóżeczkiem - również wita mnie powalającym uśmiechem :) Nałogowo ssie sobie łapki. Próbuje już przewrócić się z pleców na brzuszek, ale zupełnie mu to jak narazie nie wychodzi. No i już chyba tak bardzo nie łysieje. W przeciwieństwie do własnej matki, która to właśnie w ostatnim tygodniu zaczęła w końcu tracić swe ciemne, długie włosy, których to dziesiątki już można napotkać w każdym zakamarku mieszkania. Niestety - a ja się łudziłam, że uda mi się tego uniknać. O, naiwna!

fot. Magda Garnacarek

niedziela, 13 kwietnia 2014

Prawie 3 miesiące razem.

17 kwietnia miną dokładnie 3 miesiące od tego pamiętnego dnia, w którym powiłam mego syna pierworodnego. (Powiłam - jak ładnie to brzmi, ha.)  Od 3 miesięcy Gniewko jest już po tej stronie brzucha i muszę przyznać, że całkiem się do niego przyzwyczaiłam. A nawet - chyba się w nim zakochałam. W każdym razie jest to uczucie całkiem bliskie zakochaniu. Z tym, że przebywam z obiektem moich uczuć praktycznie 24 h na dobę - z maksymalnie kilkugodzinnymi przerwami, kiedy to zostawiam go pod opieką dziadków. Kiedy z nim jestem - nie mogę się napatrzeć. Taki śliczny, piękny i uroczy jest (kiedy nie płacze ;). A kiedy tracę go z oczu - mam ochotę natychmiast go dotknąć, zobaczyć. Ewidentnie zauroczenie. Choć wcale nie przyszło tak od razu - jak niektóre matki twierdzą. Słyszałam historie o miłości od pierwszego wejrzenia, tuż po porodzie. Ja mojego synka pokochałam odkąd dowiedziałam się, że istnieje jako kilkucentymetrowe stworzenie wewnątrz mojego brzucha, ale dopiero odkąd się urodził kocham go z każdym dniem coraz bardziej. 





3 miesiące temu nie wiedziałam co mnie czeka. 3 miesiące temu oglądałam film na tej samej kanapie co dzisiaj, z tą małą różnicą, że Gniewko był w moim brzuchu, a dziś spał w pokoju obok.  3 miesiące temu było mi ciężko zwlec się z łóżka z powodu ciężaru, dziś - z powodu niewyspania. 3 miesiące temu Gniewko było moim wyobrażeniem, dziś jest realny - taki do dotknięcia, pocałowania, przytulenia, oglądania. Puszczający bąki, robiący kupy, sikający po ścianach podczas przewijania, ulewający mlekiem na panele podczas odbijania, kichający, głużący, uśmiechający się, płaczący, oddychający. Realny i namacalny. Każdego dnia myślę jakie mi się szczęście przytrafiło. Chyba wciąż nie do końca w nie wierzę. Że to mój własny syn - prawdziwy, mały, żywy człowiek. Że jeszcze rok temu wcale go nie było. Nawet w zalążku. Nawet odrobinę. Po prostu nie istniał. A dzisiaj istnieje tak bardzo, że ciągle nie mogę się nadziwić. Trochę mnie zawsze śmieszyły matki zachwycające się swoimi dziećmi, takie nieobiektywne i żenująco wiecznie nimi podniecone. No. Wciąż nie wierzę, ale taką matką właśnie się stałam. Żenująco wiecznie zachwyconą - ach och jaki słodziutki Bubusek. Owszem, czasem mnie to moje dziecko irytuje. Przydługie marudzenie bez przyczyny potrafi dać w kość, szczególnie jak się wiele godzin jest z dzieckiem sam na sam. Ale wystarczy jeden uśmiech - i już, wybaczone. Już nie irytuje, już nie mam dość - już jest cacy, piękny i słodziutki.



Co się zmieniło u mnie przez ostatnie 3 miesiące? 
  • Nie wysypiam się, choć Gniewko w nocy wcale nie daje mi popalić.
  • Wróciłam do wagi sprzed ciąży - bez diet i ćwiczeń.
  • Mam wiecznie stos rzeczy do prasowania.
  • Nie mam potrzeby opróżniać co godzinę pęcherza.
  • Widzę swoje stopy zza brzucha.
  • Po 9 miesiącach przerwy - znów noszę ciężkie rzeczy (głównie gondolę z Gniewkiem w środku  - dwa piętra w dół i z powrotem).
  • Rzadziej siedzę przed komputerem.
  • Częściej chodzę na spacery.


A co się zmieniło u Gniewka?

  • Nie wygląda już jak miniaturowy zawodnik sumo rasy żółtej.
  • Nie płacze podczas przewijania. (czasem - sporadycznie mu się zdarzy).
  • Uwielbia kąpiele. Zachowuje się w wannie jak w pięciogwiazdkowym SPA - pełen relaks.
  • Wyłysiał.
  • Przytył - zaczyna przypominać ludzika Michelin. Waży 5600 g.
  • Zmienił kolor oczu - z granatowych na niebieskie.
  • Urosły mu brwi i rzęsy. Już dawno, ale na samym początku prawie ich nie miał.
  • Uśmiecha się. Szczególnie upodobał sobie pluszowy księżyc, którego traktuje jak istotę ludzką.
  • Gęga. "Gu," Agu", "Bu", "Me" są na porządku dziennym.
  • Pokrzykuje, a czasem się zaśmiewa.
  • Odwraca się nagminnie z brzuszka na plecy.
  • Będąc na brzuszku potrafi podnieś klatkę piersiową, opierając się na rękach.
  • Trzyma włożoną do ręki grzechotkę.
  • W pozycji pionowej potrafi utrzymać sztywno główkę.
  • Uwielbia wsadzać sobie do buzi swoje piąstki, które namiętnie ciumka. 
  • Ma coraz lepszy wzrok. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że lepszy niż mamusia (- 5,5 dioptrii, pozdrawiam :)
  • Sypia od kilku tygodni znakomicie. Potrafił przespać nawet 9 godzin bez przerwy, choć zdarza mu się obudzić na jedno, nocne karmenie. Póki co - nie narzekam.


Jak mu się podoba po tej stronie brzucha? 
Nie wiem, ale wygląda zazwyczaj na całkiem zadowolonego. Chyba zdążył się już zadomowić.



sobota, 5 kwietnia 2014

Tydzień minął, czasu nie ma.

Od ostatniego wpisu minął już tydzień. Nawet nie zauważyłam kiedy. Odkąd Gniewko się urodził - życie nabrało takiego tempa, że tydzień po tygodniu mija zanim zdążę się zorientować. Oprócz zabawiania, przewijania i karmienia - wzywają mnie nieustannie obowiązki zawodowe i twórcze - pozazawodowe, wobec czego znalezienie czasu na nowy wpis na blogu graniczyło z cudem. 

Będzie więc krótkie sprawozdanie z  postępów mojego pierworodnego. 

Bubusek wyłysiał (być może przez moje ciągłe wyczesywanie ciemieniuchy), pięknie podnosi główkę i barki, a nawet całkiem często obraca się z brzucha na plecy, czym wzbudza nasz prawdziwy podziw! Wciąż czekamy kiedy zacznie wyciągać rączkę w kierunku przedmiotów. Za to gama i skala wydawanych dźwięków nieustannie się poszerza. Sypiał w ostatnim tygodniu znakomicie - od 21.00 do 6.00, a nawet 7.00 rano. Dzisiaj zaskoczył nas dodatkową pobudką o 3.30, ale to był jedyny raz na przestrzeni ostatnich dni. Oby mu się to utrzymało - żywię taką cichą nadzieję, bo pod tym względem jest cudownym dzieckiem - i na dodatek cyckowym, co jest chyba ewenementem (bo cyckowe dzieci z reguły krócej sypiają).

Tymczasem ja wracam do roboty, może następnym razem napiszę coś konkretniejszego pod względem długości i treści :)



piątek, 28 marca 2014

GNIEWKO? Dlaczego TAKIE imię?



Pewnego dnia, kiedy Mieszko był jeszcze zaledwie moim chłopakiem, podczas wspólnej podróży prawdopodobnie do Lublińca - stanęłam oko w oko z jego szokującym wyznaniem.

"Jak będę miał syna to chciałbym go nazwać Gniewko."

"No chyba oszalałeś."

"Od dziecka już mam to postanowione. Jak byłem mały to leciał w telewizji taki serial "Gniewko, syn rybaka". I mi się spodobało. Gniewko, syn Mieszka. Musi być Gniewko, koniecznie."

"Jak to będzie nasz wspólny syn to nie ma szans."




No dobra, przyznaję - początkowo byłam sceptyczna. Aczkolwiek od zawsze miałam w planach by moje dzieci nosiły oryginalne imiona. Wielu rodzicom się wydaje, że imiona ich dzieci nie są wcale popularne, bo za ich czasów nie były - tymczasem później ze zdziwieniem odkrywają, że jednak popularność imion na przestrzeni lat się zmienia. Przykładowo - ja byłam jedyną Zuzią w klasie, a dziś moje imię jest w samej czołówce i to od wielu lat, wobec czego mamy już tysiące malutkich Zuź wokoło. I nie mówię wcale, że nadawanie popularnych imion nie jest ok - nie każdemu musi przecież zależeć na tym, żeby jego dziecko miało rzadko spotykane imię. Zazwyczaj rodzice mają po prostu swoje upodobania, typy i nadają takie imię, jakie sobie wymarzyli, zaplanowali, nie patrząc na statystyki. Mnie zależało, żeby imiona moich dzieci znalazły się przynajmniej poza pierwszą 50-tką najpopularniejszych imion ostatnich lat. A mam te dane statystyczne obcykane ;) Statystyki imion z ostatnich 20 lat dostępne są tutaj, gdyby kogoś to zainteresowało.

A oto najpopularniejsza 50-tka z roku 2013:



Gniewko, jak mniemam, jest gdzieś daleeeeko w tyle, zważywszy, że jak się dowiedziałam - w „Słowniku imion współcześnie w Polsce używanych” do 1994 imię Gniewko nadano 52 razy, a na podstawie danych PESEL można stwierdzić, że od 1995 do 2010 nadano to imię 53 razy. Oczywiście nie mamy tu na myśli Gniewoszów, Gniewomirów, Stoigniewów, Bożygniewów i Bóg jeden wie jakich jeszcze Gniewopochodnych :)

Moje typy były jednak początkowo zgoła inne. Od liceum wśród moich faworytów w czołówce plasował się Tristan, Salwator a nawet Jurand ;) Gdzieś po drodze, przeglądając ciekawe propozycje ze strony Rady Języka Polskiego, spodobał mi się Jaksa. Ale i tak na pierwszym miejscu był od dawna Mieszko, którego niestety odrzuciłam, bo nie chciałam mieć w domu dwóch Mieszków, żeby się nie myliło. Tymczasem życie pokazało, że dwa imiona zakończone tak samo są na tyle podobne, że i tak ciągle się mylę nazywając Gniewka Mieszkiem, a Mieszka Gniewkiem ;)



Jak to się stało, że po początkowym "no chyba oszalałeś" - zgodziłam się ostatecznie na to imię? Właściwie sama nie wiem. Jakoś tak zaczęło mi się podobać. Że podobne do Mieszka, że oryginalne, że ludzie się dziwią. Nie muszę oczywiście dodawać, że reakcje były różne. Ja osobiście bardzo nie lubię komentowania imion cudzych dzieci. Jeśli mi się nie podoba czyjeś imię, to tego nie komentuję, nie wywracam oczami, nie robię dziwnych min. Po jaką cholerę? Hasła pod tytułem: "Dzieci się będą z niego śmiały. Robicie dziecku krzywdę" olewam, bo wiem, że dzieci się mogą śmiać z każdego, nawet najnormalniejszego imienia, jak im się coś/ktoś nie spodoba. Mnie na przykład raz pokłócone ze mną koleżanki śpiewały: "Zuzia lalka nieduża: oczy Klakiera, nos Gargamela. Włosy jak papierosy, drewniane butki, ryj na przerzutki." :) Urocze, prawda? A imię przecież najnormalniejsze w świecie. Poza tym tata Mieszka też uważał, że się z Mieszkowego imienia będą śmiać, a tymczasem nic takiego nie miało miejsca. W międzyczasie zrobiłam research pod kątem posiadaczy imienia Gniewko na fejsbuku i napisałam do pierwszego, który mi się napatoczył, a który, jak się okazało, był również posiadaczem wspólnych ze mną znajomych. Odpowiedź, jaką od niego otrzymałam, była niezwykle optymistyczna: 

"Gniewko to moje pełne imię. Jestem bardzo z niego zadowolony, jest dosyć charakterystyczne, mogę jakby nie było czuć się wyjątkowy. Nigdy nie miałem żadnych nieprzyjemności, jedynie śmieszne sytuacje, a było ich bardzo dużo."

Jedyna przeszkoda była taka, że Urzędy w Polsce powinny teoretycznie kierować się wytycznymi Rady Języka Polskiego, z których jedna brzmi: "Nie powinno się nadawać imion zdrobniałych, powszechnie używanych nieoficjalnie, jak np.: Jaś, Kasia, Lonia, Wiesiek. Natomiast można nadać dziecku imię z pochodzenia zdrobniałe, skrócone, ale współcześnie odczuwane jako imię samodzielne, np. Betina, Lena, Nina, Rita". 

I jak to się miało do rzeczywistości? Miało się. Już po narodzinach Gniewka, podczas trwającej prawie 3 godziny [sic!] wizyty w USC - jedna z pań urzędniczek, widząc wypełnioną przeze mnie rubrykę z imionami - zaoponowała. 
"Gniewko? Nie może być -  to zdrobnienie. Może być Gniewosz."
Na tę jednak okoliczność przezorna Matka Polka była już przygotowana. Od maja Roku Pańskiego 2012, czyli już od półtora roku (kiedy nie tylko nie byłam jeszcze nawet mężatką, ale nawet nie wiedziałam kiedy mi się urodzi dziecko, a jeśli się urodzi, to czy będzie to chłopak :) Wtedy to bowiem wysłałam zapytanie o imię Gniewko do Rady Języka Polskiego i dostałam taką to odpowiedź:

Rzekłam więc czym prędzej do oponującej pani urzędniczki, iż w posiadaniu powyższego pisma jestem. I nie zwlekając wyciągnełam tego mojego asa z rękawa, czyli kartkę z torebki.
Pani urzędniczka z kubkiem kawki w ręku spojrzała, zadumała się głęboko i orzekła, że wobec tego musi to jeszcze zatwierdzić pani kierownik. Pani kierownik przeszkód nie stwierdziła i zatwierdziła. Tym sposobem mamy w akcie urodzenia, w rubryce "Imiona" - wpisane oficjalnie: Gniewko Beniamin.
A ów Beniamin to dodatek od mamy. Skoro propozycja pierwszego imienia wyszła od taty, to od mamy musiało wyjść imię numer dwa. Beniamin to imię pochodzenia hebrajskiego, nosił je najmłodszy z synów biblijnego Jakuba, a oznacza "Syn prawicy" lub "Syn południa".

Dla dziewczynki natomiast miałam w planie imiona Sara lub Lea (nie Lena), choć mogłoby mi się jeszcze odmienić ;) Sara ponad 7 lat temu była gdzieś tam na dole pierwszej 50-tki i choć już od dobrych kilku lat się nie pojawia, to jednak w porównaniu do Gniewka jest znacznie bardziej "normalnym" imieniem :) Kiedyś marzyło mi się imię Miriam dla córki, ale trochę mi spowszedniało odkąd przyjęłam je na trzecie imię. W planach była też bardziej słowiańska propozycja - Jagna. Ale to zamierzchłe czasy!

W każdym razie na obecnym etapie obowiązującym w domu imieniem Gniewka jest: Bubusek :)

PS. Kolejnego syna Mieszko planuje nazwać Miłko, ale z tym już może nie być tak łatwo. Ciekawe czy jak teraz wyślę zapytanie do Rady Języka Polskiego, to za półtora roku pojawi się syn tak jak było ostatnio? ;)




poniedziałek, 24 marca 2014

Pierwsza podróż i 10 faktów o których nie miałam pojęcia przed ciążą.

Ostatnio się zastanawiałam co się zmieniło oprócz tego, że przybył nam namacalnie nowy członek rodziny, który rośnie i nabywa nowych mocy w tempie ekspresowym i którym się zachwycam tak, jak do tej pory zachwycałam się tylko i wyłącznie moimi kotami.

Na pewno zmieniło się to, że szczególnie na początku i pod koniec ciąży dopadł mnie tzw. "megaleń" i upodobałam sobie wszelkiej maści kulinarne reality shows, czyli Kuchenne Koszmary Gordona Ramseya, Kuchenne Rewolucje Gesslerowej, Masterchefa i Ugotowanych w wersji polskiej i brytyjskiej. Tak. Niestety. Namiętnie oglądałam nawet archiwalne odcinki Kuchennych Rewolucji. Co tydzień z niecierpliwością oczekiwałam kolejnego… A dziś? Od 2 marca leci nowy sezon, a ja nie obejrzałam ANI JEDNEGO! Nawet gdy Gniewko śpi w ciągu dnia - wiem, że może obudzić się w dowolnym momencie i sprzeniewierzyć moje plany na kolejne godziny, wymagając nieustannej i wyłącznej uwagi. Wiem, że nie mam co narzekać, bo dziecko me jest całkiem grzeczne, potrafi spokojnie usiedzieć (lub uleżeć) i zająć się sobą niekoniecznie marudząc i płacząc oraz sypia dobrze w nocy (dziś rekord - 9 godzin + 2 godziny rano!). Jednak w czasie jego drzemek wolę zająć się rzeczami, na które brakuje mi czasu, który mi w dużych ilościach umyka w chwilach jego aktywności. No i niestety nie starczyło go do tej pory na takie przyjemności, jak oglądanie durnych programów telewizyjnych ;) A może stety.

Podstawowy i niepodważalny, choć i wciąż nie do ogarnięcia jest jednak fakt, iż jestem matką i nadziwić się nie mogę, że ten mały człowieczek został ze mnie wyciągnięty ponad dwa miesiące temu. Ze mnie. Ze środka. To jest jakiś KOSMOS w dalszym ciągu, kiedy zaczynam to analizować. 

Ale jednak. Stało się. Minęły ponad 2 miesiące od porodu. Co za tym idzie? Szereg faktów, które zestawiam z mitami, towarzyszącymi mi przed ciążą. Oto 10 z nich:
  • FAKT #1. WAGA. Myślałam, że będę miała problem, żeby schudnąć te plus 18 kg (swoją drogą - skąd się to wzięło?!). Tymczasem po trzech dniach od porodu byłam 9 kg na minusie. Dziś jestem 14 kg na minusie względem wagi końcowociążowej właściwie nic nie robiąc oprócz karmienia i chodzenia na spacerki (jeśli chodzi o aktywność fizyczną). Daje nam to efekt 1 kg na plusie względem wagi przedciążowej oraz 4 kg na plusie względem wagi początkowociążowej (bo schudłam na samym początku ciąży 3 kg dzięki poczuciu, że mam kamień w żołądku :)
  • FAKT #2. ROZSTĘPY. Starałam się wierzyć, że jak się będę smarować kremikami, to mi się nie zrobią, ale w głębi duszy byłam wyznawczynią teorii, że to genetyczne jednak i, że jak się mają zrobić to się i tak zrobią. Jestem w rezultacie właścicielką słownie jednego rozstępiku małego na brzuchu, nienajgorzej skądinąd się prezentującego jak na bycie jeszcze dwa miesiące temu wielkości trzech arbuzów
  • FAKT #3. CYCKI. Tego nie przewidziałam. Że na piersiach też się robią rozstępy. I jestem niestety właścicielką sporej ich ilości, o których (tych rozstępach) się filozofom nie śniło (mnie też, zważywszy, że żadna z moich koleżanek takowych posiadaniem się nie chwaliła po ciąży, a u mnie pojawiły się już w połowie jej trwania). No ale cóż - życie.
  • FAKT #4. DEPRESJA POPORODOWA. Znając moje skłonności do popadania w histerię i depresyjność charakteru - niepokoiłam się o mój poporodowy stan umysłu. Mogłoby być nieciekawie, gdybym musiała zostać choć jeden dzień dłużej w szpitalu, gdzie po 72 h bez snu czułam się jak zdechły szczur, nie mniej jednak fakty są takie, że wyszłam po 3 dobach i w rezultacie nie miałam depresji poporodowej ani nawet baby blues'a, nie licząc zmęczenia po powrocie do domu. Tutaj ukłony dla moich bliskich za wielką pomoc.
  • FAKT #5. HORMONALNY NIEŻYT NOSA. Aż chce się głośno zadać pytanie "WTF IS HORMONALNY NIEŻYT NOSA?!" Ja też nie miałam bladego pojęcia o istnieniu takiego zjawiska. To taka sytuacja, w której poprzez działanie hormonów ciążowych ma się nieustanne problemy z nosem. U mnie się to zaczęło już w pierwszym miesiącu ciąży i trwało do samego końca. Męczyłam się z nieustannie z krwawieniami i ciągle zatkanym nosem - zwłaszcza w nocy, ale również w ciągu dnia. Przeszło jak ręką odjął już pierwszego dnia po porodzie. Czary mary i po sprawie!  
  • FAKT #6 BÓLE GŁOWY. Ok, wiedziałam już, że w ciąży bywa niedobrze. Bywało. Wiedziałam już, że jest coś takiego jak hormonalny nieżyt nosa. Było. Ale bóle głowy? TAKIE?! Tydzień codziennie bolącej głowy?! O tym nie wiedziałam. Nie polecam. Dobrze, że już nie boli.
  • FAKT #7. SUSZONE POMIDORY. Na początku ciąży przez wzgląd na nudności nabywa się niejednokrotnie wstrętu do jakiegoś posiłku. W moim przypadku były to suszone pomidory, które do tej pory stanowiły jeden z moich najukochańszych dodatków do posiłków. Jeszcze w pierwszym miesiącu ciąży się nimi zajadałam, aż tu nagle odruch wymiotny na samo wspomnienie. I niestety do dziś nie nabrałam na nie ochoty.
  • FAKT #8. KUPKI. Wiedzieliście, że są niemowlęta, które walą kupę codziennie od kilku do kilkunastu razy, oraz takie, które robią ją raz na 10 dni? Oba przypadki mieszczą się w normie. Mój przypadek należy do grupy pierwszej. Na dodatek od samego początku robił kupy, niepasujące do statystyk, przypominające biegunkę. Najadłam się początkowo strachu, ale gdy okazało się, że dziecko przybiera całkiem spore sumki na wadze, a żaden z lekarzy specjalnie się sprawą nie przejął - ja też przestałam się przejmować. 
  • FAKT #9. ODGŁOSY STAREGO PIJAKA. Takie dźwięki wydaje mój słodki bobasek. Charczenie, stękanie, jęczenie i bekanie - deal with it. Że o ulewaniu nie wspomnę. (o, właśnie charknął przez sen!) Początkowo nie mogłam spać z tego powodu, tak mnie to przerażało, ale dziś mnie to już zupełnie nie dziwi :) Aaa… zapomniałabym o BĄKACH! Takie serie, że aż nie do uwierzenia. Poważnie.
  • FAKT #10. PORÓD. Nie nastawiałam się, że będzie mistycznym przeżyciem - nie był.  Nie nastawiałam się, że nie będzie aż tak bardzo bolało - bolało aż tak bardzo. Nastawiałam się za to, że będzie bezproblemowy - a nie był. 
A na koniec zaprezentuję fotoreportaż z pierwszej, dłuższej podróży Gniewka. Odwiedziliśmy babcię w Lublińcu.

Gniewko spał przez pierwsze pół godziny, a przez kolejne marudził, że musi siedzieć w foteliku i nie może się ruszyć.






I kilka zdjęć ze spacerku…




Po powrocie do domku, na zakończenie emocjonującego dnia - Bar Mleczny pod Jeleniem :)



piątek, 21 marca 2014

O krzesełku i Gniewkowym pokoju.


Wczoraj wieczorem padła z ust Mieszka sugestia.

"Napisz na blogu o moim krzesełku."

No dobrze. Jest sobie takie krzesełko. Kilkudziesięcioletnie krzesełko. Mieszkowe krzesełko. Tydzień temu znalazło swoje nowe miejsce - pokój Gniewka. Na krzesełku tym zasiadał niegdyś, bardzo dawno temu mały Mieszko - a w niedlugim czasie zasiądzie na nim mały Gniewko. Dzisiaj zaś miejsce tam zagrzał mały Miś, żeby nikt Gniewka nie podsiadł przypadkiem. 

I przy tej okazji pomyślałam sobie, że dodam też kilka zdjęć i słów o Gniewkowym pokoju. Jest   właściwie gotowy do zamieszkania od 9 miesiąca mojej ciąży, choć Gniewko narazie zupełnie z niego nie korzysta. Łóżeczko stoi póki co w naszej sypialni (kołyska musiała niestety już pójść w odstawkę, bo Gniewko podczas mniej lub bardziej udanych prób przekręcenia się z brzuszka na plecy - uderzał głową w kraty. Miał ewidentnie za mało miejsca do akrobacji :). Szafa służy natomiast do przechowywania rzeczy, które nie zmieściły się gdzie indziej. Docelowo zniknie czerwona sofa stojąca przy oknie (której nie fotografowałam akurat tym razem), a która, choć od początku było wiadomo, że nie zostanie tu na zawsze - zdominowała ten pokój kolorystycznie :) Zamiast niej pojawi się biała komoda, aktualnie znajdująca się w naszej sypialni i służąca za przewijak. I przy okazji zrobi się więcej miejsca - tu i tam. Na razie sofa stoi, bo nikomu nie przeszkadza, a gdyby ktoś zechciał przenocować u nas - będzie miał przynajmniej wygodnie :) 

Do pokoju Gniewka wiedzie mały przedpokój wydzielony z jego pokoju. Po obu jego stronach są wnęki z półkami, służące za szafy, które zamiast drzwi mają zasłony. Jest to miejsce na garderobę, którego brakuje w przedpokoju.

wejście do pokoju Gniewka przez "szafę" :)
Najwięcej czasu poświęciłam na namalowanie brzózek i ptaszków na całej bocznej ścianie. Byłam wówczas, o ile mnie pamięć nie myli - w 8 miesiącu ciąży :) Ale oprócz tego, że dwukrotnie wylałam słoik z wodą na podłogę - na szczęście obyło się bez poważniejszych incydentów. Niestety jestem z natury osobą wybitnie niezdarną, nieskupioną, nieostrożną i w gorącej wodzie kąpaną - a w czasie ciąży te cechy przybrały monstrualne rozmiary. Przysięgam - miałam wrażenie jak gdyby moja koordynacja ruchowa przynależała do osoby kompletnie pijanej tudzież naćpanej. Że nie wspomnę o zapamiętywaniu… Ale drzewka mi się udały. Może nie są mistrzostwem świata, ale Gniewkowi się chyba podobają ;) Choć przyznam, że po upływie tych kilku miesięcy mam już zupełnie inną wizję tej ściany i najchętniej bym ją całą przemalowała :P


Kolorystyka pokoju to biel, szarość, czerwień i granat (taka marynarska). Odpowiada mi minimalizm. Z czasem i tak pojawią się tu miliony zabawek, które zazwyczaj są przesadnie kolorowe - więc podkład wolałam zrobić stonowany :) Dość dużym elementem są przyklejone do ściany literki z napisem "Gniewko", które również osobiście pomalowałam.

Anioł Stróż do prezent od mojej przyjaciółki Patrycji - to stara figurka po jej Babci. Bardzo mi się spodobała, bo lubię takie osobiste akcenty, a nie dość, że to pamiątka, to na dodatek nawiązuje do szpitala w którym urodził się Gniewko. Pod wezwaniem Aniołów Stróżów. Niech to będzie wizerunek tego Anioła, który czuwa nad nim od dnia ciężkiego porodu. 

Chorągiewki powiesiłam pod półeczką.

Na półeczce póki co stoją prezenty od cioć i wujków. Pluszaki, książki, kartki z gratulacjami.


Warto jeszcze wspomnieć o drzwiach. To jedyne przesuwne drzwi w naszym mieszkaniu. Pozostałe wyglądają tak samo, tylko mają klamki i nie są przesuwne ;) W tych wciąż brakuje gałek. Wszystkie drzwi postarzałam własnoręcznie w towarzystwie mniej lub bardziej nasilonych nudności w pierwszym trymestrze ;) Trochę mi się nie chciało, ale uparłam się, że chcę takie drzwi w mieszkaniu i niestety byłam jedyną osobą, która mogła je zrobić. Generalnie najbardziej sceptyczni wobec tego pomysłu byli moi rodzice, a zwłaszcza mój tata. Mama próbowała wierzyć, że może jakoś to będzie ;) Jednak na początku byli zdania, że wyjdzie to "dziadowsko" i, że znów sobie coś ubzdurałam. Musiałam więc udowodnić, że wyjdzie ładnie. I z efektu jestem zadowolona, szczególnie słysząc liczne pochwały pod ich adresem od odwiedzających mnie gości. Fakt faktem, że można by je jeszcze trochę dopracować i w przyszłości mam nadzieję to zrobić - ale podobają mi się znacznie bardziej od takich zwykłych, standardowych drzwi. Są również czymś, w co włożyłam trochę serca i są po prostu moje. Pod koniec pomagał mi Mieszko, szczególnie z framugami i drewnianymi elementami w przedpokoju, bo czas nas naglił, a ja zwolniłam tempo ;) Ostatecznie wszyscy byli usatysfakcjonowani, bo nawet najbardziej sceptyczny tata pod koniec podrzucił pomysł na zrobienie szafki na licznik w przedpokoju - w tym samym stylu co drzwi :) A oto one:


Do naszego mieszkania wprowadziliśmy się we wrześniu. A więc już w trójkę, tylko jedna osoba była jeszcze w dwupaku ze mną :) 

A tak poza tematem krzesełka i Gniewkowego pokoju - ostatnio zastanawiałam się, co się zmieniło odkąd nie jestem w dwupaku. I doszłam do pewnych wniosków. (coś takiego! nie do wiary - cóż takiego istotnego mogło się zmienić? ;) Ale o tym będzie następnym razem.

środa, 19 marca 2014

Tydzień w zdjęciach

Przez ostatnie kilka dni zupełnie nie mogłam znaleźć chwili na spłodzenie notki. W głowie aż mi kipi od naglących tematów, ale ujścia dla nich nie znajduję, bo zwyczajnie brak mi energii i czasu. Gniewko wymaga więcej uwagi, choć nie mogę na niego narzekać - w nocy śpi całkiem nieźle, budzi się zazwyczaj tylko raz między 24.00 a 7.00 rano, w okolicach 4.00. Czasem pozwala pospać dłużej, czasem krócej, ale nie jest źle. Choć wiadomo, że zawsze noc przerwana dłuższą pobudką nie nastraja pozytywnie do porannego wstawania… Właściwie czuję się coraz bardziej zmęczona, bo zamiast odsypiać za dnia w czasie Gniewkowych drzemek - zajmuję się sprawami, których nie jestem w stanie ogarnąć kiedy Gniewko nie śpi. Między innymi nadrabiam zaległości z obrabianiem zdjęć na Zuzanna Fotografuje, bo nie działo się tam ostatnimi czasy zbyt wiele, choć materiał do obróbki jest. Ponadto mam wielkie plany na wielkich elaboratów tutaj pisanie, ale… no właśnie. Ciężko. Nie wiadomo w co ręce włożyć… 
Tymczasem w ramach rekompensaty posłużę się instagramem do streszczenia naszego ostatniego tygodnia. 

ps. Gniewko wczoraj miał dobry dzień - ciągle się uśmiechał. Mimo pierwszego szczepienia, którym go wczoraj właśnie uraczyliśmy :( Niestety dzisiaj temperatura podskoczyła wieczorem do 38 stopni, ale po konsumpcji cyca spadło w ciągu pół godziny do 37! Szok. Mam nadzieję, że do jutra już nie wzrośnie i Gniewuś będzie jak nowy :)