środa, 21 maja 2014

4 miesiące!

Ok, spoźniłam się z tym postem. Przyznaję, ostatnio wybitnie mi się nie chce. Wykończyła mnie chyba ta nadczynność tarczycy, która notabene jeszcze mi nie minęła…



17 maja Gniewko skończył 4 miesiące! Jest strasznie radosnym dzieckiem - śmieje się praktycznie od rana. Owszem, miewa gorsze momenty, ale cyc jest dobry na wszystko :) Cieszę się, że jestem w posiadaniu takiego 'uspokajacza'. Moje dziecko potrafi wpaść w prawdziwą, dziką histerię czasem praktycznie bez powodu (np. z nudy). Potrafi się tak nakręcić, że słychać go na całym osiedlu, ale na szczęście do tej pory cyc jest niezawodny - zawsze jestem w stanie go wyciszyć. Mam nadzieję, że to się nie zmieni :)



Co poza tym? Problemy wysypkowe w czasie mojej diety bezmlecznej wręcz się nasiliły - próbowałam 2 tygodnie, ale w końcu się poddałam, nie widząc wyraźnych efektów, za to kolejne zmiany skórne w coraz to nowszych miejscach (wręcz liszaje). Paradoksalnie najbardziej nieciekawie wyglądające miejsca się naprawiły po powrocie do nabiału (mleka w czystej postaci jeszcze nie wypiłam)… Skóra od jakiegoś tygodnia zrobiła się nieco ładniejsza, liszaje zeszły, ale wysypka czerwona na rączkach i nozkach nadal jest. Dodatkowo te czerwone, suche plamy na głowie powróciły (jeszcze na diecie) i zaczęły schodzić dopiero teraz, zostawiając bardzo wysuszoną skórę. I niestety od wczoraj Gniewko zaczął się po niej drapać :( Kąpię go od tygodnia w krochmalu, no i smaruję przepisaną przez jedną z lekarek uwodnioną eucyryną - nie wiem czy to pomaga, ale się specjalnie nie pogarsza jak na razie.



Poza tym poczynione zostały duże postępy - Bubusek w końcu trzymany z ręce podnosi główkę równo z nimi, a nie jak do tej pory - podciąga ją dopiero po chwili. W tym tygodniu dużo nosiłam go w pionie i bardzo sobie ustabilizował główkę, bo wcześniej trochę mu się jeszcze chwiała momentami. Co najlepsze - nawet sam z pozycji leżącej, a zwłaszcza półleżącej - próbuje główkę do przodu wysuwać jakby chciał się podnieść :) Jest dodatkowo bardzo ruchliwy, co ma plusy i minusy.



We wpisie z okazji 3 miesięcy - zamieściłam zdjęcia jak przewraca się z brzucha na plecki. I od 2 miesiąca robił to codziennie wiele razy. Natomiast w 3 miesiącu nagle… zapomniał. Będąc na brzuchu strasznie się wkurza, bo nie potrafi się przewrócić na plecy i po bezowocnych staraniach, które doporowadzają go najczęściej do histerii -  w końcu sama to robię. Owszem, czasem mu się udaje - dwa razy wykonał nawet pełen obrót - na plecy i z powrotem na brzuch, ale jednak w przewadze próby są nieudane.

Co ciekawe - w zamian za to nauczył się przewracać z pleców na brzuch! A to przecież jest trudniejsze niż przewrót z brzucha na plecy… tym bardziej mnie to dziwi. W każdym razie tę sztukę opanował do perfekcji - co chwile przewraca się na brzuch, a potem… jęki, krzyki i płacze bo mie potrafi z powrotem ;)

Wczoraj zaczął mi marudzić w łóżeczku, po dłuższej chwili  w końcu do niego zaglądam, a on… przewrócony na brzuch, z ręką między materacykiem i szczebelkami… just great! Z resztą dzisiaj rano zrobił dokładnie to samo. Będę musiała go chyba związywać pasami :D



Świetnie rozwinął w tym miesiącu także chwytanie. Przyszło mu to dość późno, bo po skończeniu 3 miesiąca, ale idzie mu naprawdę nieźle - chwyta co popadnie i wkłada do buzi na zmianę z uporczywym grzebaniem w niej paluchami - do tego stopnia, ze dwa razy rozkrwawił sobie dziąsło.
A najlepiej mu idzie wyrywanie moich kudłów, które z resztą i tak wypadają same z siebie tabunami i walają się po całym domu… długie, ciemnie włosy wszędzie - koszmar.

No i pokrzykuje, piszczy, gada… 



I takie małe podsumowanie na koniec.

Waga: 6,5 kg. 25 centyl. A wygląda tak pulchniutko! Kto by pomyślał, że większość dzieci w jego wieku waży więcej?

Wzrost: nie wiem, ale podobno wysoki :)

Ubranka: 62/68. Część 62 jest już za małych, a część 68 za dużych.

Umiejętności:

  • w pionie mocno trzyma główkę, choć czasem mu jeszcze poleci w tył :)
  • chwyta grzechotki, moje palce, włosy, bluzkę itd, itp :) i pcha sobie do buzi
  • namiętnie żuje swoje piąstki
  • piszczy, pokrzykuje, gada
  • uśmiecha się wydając przy tym dźwięki 
  • podciągany z pozycji siedzącej potrafi trzymać główkę równo z tułowiem, choć zdarza się, że to olewa ;)
  • przewraca się brzuszka na plecy (rzadziej) i z pleców na brzuszek (często)
  • potrafi się drapać z tyłu głowy, niestety :(
  • próbuje podnieść główkę z pozycji leżącej lub półleżącej

A na koniec prezentuję Wam słodki stół, który własnoręcznie wykonałyśmy MY, czyli nasz dwuosobowy team Wilga i Kruk na przyjęcie z okazji chrzcin Gniewka :)

fot. +foto



poniedziałek, 12 maja 2014

Ameryka. Rozdział I.

mapka naszej podróży (numerki znajdziecie przy filmach dostepnych na moim youtube)







Mija już rok istnienia Gniewka. Aż trudno uwierzyć. Więc dziś cofam się do czasów, w których jeszcze go nie było, nawet w zarodku. Uwierzyć jeszcze trudniej. Dziś coś nie-o-Gniewku :)

We wrześniu 2012 roku, trzy dni po naszym ślubie odbyliśmy ponad dwudziestogodzinny lot samolotem z trzema przesiadkami. Punkt docelowy - Los Angeles. Trzytygodniowa podróż  przez Dziki Zachód. Jałowe powierzchnie, wyludnione miasta na przemian z tymi przeludnionymi, droga 66, krajobrazy ikoniczne - zakorzenione w głowach Europejczyków przez te wszystkie obrazy z filmów, seriali, książek o dzikim zachodzie. Codziennie nowe miejsca, pustynne pejzaże, motelowe pokoje. Inna planeta. Kraina Czarów. Spełnione marzenie i konfrontacja wizji z rzeczywistością.

O tym była moja praca magisterska. Od dzisiaj, na życzenie kilku osób - będę publikować w odcinkach jej część literacką. Pamiętnik z podróży przepleciony filmami, które pokazałam podczas mojej wystawy dyplomowej.

Edit: II część: http://www.zuzanna-bloguje.blogspot.com/2014/07/ameryka-rozdzia-ii.html

PS. Jeśli wydaje Wam się, że te filmy są nieruchome - wytężcie wzrok bardziej. Nawet ten pył nad pustynią się wznosi :) (ps. Oglądajcie w rozdzielczości 720 HD - ustawienia w prawym dolnym rogu filmu)




Ten tekst jest próbą wirtualnego powrotu do „Krainy Czarów”, szukaniem połączeń między wyobraźnią a rzeczywistością, fikcją i jawą, a także - refleksją nad stanem umysłu Europejczyka w Ameryce. Tłem dla tych rozważań są opuszczone, zapomniane obszary Zachodniego Wybrzeża, w kulturze funkcjonującego jako ten Dziki Zachód. Sporo uwagi poświęcam różnym obliczom miasta i pustyni, które dostrzegłam w tej quasi-Idylli, obrazom amerykańskiej rzeczywistości utrwalonych w fotografii oraz etosowi podróży Drogą 66, który kształtował całe pokolenia, nie tylko artystów, ale przede wszystkim zwykłych ludzi, przemierzających tysiące kilometrów z prozaicznej przyczyny - gonitwy za lepszym życiem. Moja wyprawa była przejściem z jednego świata w drugi, może nawet podróżą na inną planetę, która miała swój początek już w momencie gdy noc na kilkanaście godzin zniknęła całkowicie, ustępując miejsca słońcu stojącemu nieruchomo w jednym punkcie nieba. Wraz ze zburzeniem porządku dnia i nocy - nastąpił koniec mojej czasoprzestrzeni.

I tak zaczęła się moja Ameryka.

„Pomysł podróży bez celu, a więc bez końca, wyłania się stopniowo. Odrzucenie turystycznych, malowniczych urozmaiceń, ciekawostek, samych krajobrazów (pozostaje jedynie ich abstrakcyjność widziana przez pryzmat gorąca). Nic nie jest bardziej obce czystemu travellingowi niż turystyka lub czas wolny.”


Pomyślałam, że się boję - perspektywa tej podróży w równym stopniu przeraża mnie i fascynuje. Absurdalne poczucie szansy i możliwości zostania sobie samej Kolumbem było jednak kuszące - na tyle kuszące, że musiałam podjąć wszelkie możliwe środki, by cel ten osiągnąć. I udało się - choć wcale nie było tak hop siup.
M. mówił, że za drogo, za daleko, że go to nie pociąga, że woli wschodnie klimaty... Ja nie dawałam za wygraną. Postanowiłam go zarazić tym moim American Dream, który tlił mi się w głowie i kiełkował od dłuższego czasu. Zaczęłam relacjonować mu zasłyszane wcześniej opowieści o niekończących się, prostych jak linijki drogach, stacjach benzynowych, które wydawały mi się ósmymi cudami świata. Opowiadałam o ghost towns - opuszczonych miastach, pozostawionych samym sobie jakby z nia na dzień. Pokazywałam zjdięcia legendarnej Drogi Matki - Route 66… 
Jak nie teraz, to kiedy?

Udało się.
Dopiełam swego.
Kupiliśmy bilety w nie najgorszej cenie





***

„W wyobraźni byłem w tym miejscu na długo przed rzeczywistym przyjazdem i naraz mój pobyt tutaj stał się powrotem do jakiegoś przeszłego życia.”

Zachodnie Wybrzeże to inna planeta. To jakby wejść do własnej głowy, do swojego kadru z amerykańskiego filmu. Mieszanina lęku i euforii. Kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg taniego motelu w najgorszej, murzyńskiej dzielnicy Los Angeles, znalazłam się w historii Stephena Kinga. Z przeczuciem czyhającego zagrożenia. Mimo tego wybrałam się do sklepu przy stacji benzynowej, prowadzonego przez Latynosa. Było już dobrze po dwudziestej drugiej, na ulicach pustki.

Dopiero następnego dnia zorientowałam się, że jesteśmy prawdopodobnie jedynymi osobami o jasnej karnacji w okolicy. Popularne przysłowie o błogosławieństwie płynącym z dysproporcji szczęścia i rozumu sprawdziło się w praktyce. Nieświadomi zagrożenia i najedzeni całkiem - jak na tani motel - obfitym śniadaniem, wyruszyliśmy w naszą podróż





„amerykańskie autostrady są (...) litanią znaków. Right lane must exit. To must exit zawsze uderzało mnie jak znak przeznaczenia. Będę musiał stąd wyjechać, wypędzić się z raju, opuścić opatrznościową drogę, która wprawdzie prowadzi donikąd, ale daje w zamian poczucie wspólnoty losu.”


Przystanek w Santa Monica, gdzie, w zależności od tego, z której strony patrzymy, ma swój początek lub koniec Route 66. Po spacerze przez plażę - zadowoleni ruszyliśmy dalej, zachwalając zalety pożyczonego tabletu ze specjalnie na tę okazję ściągniętą mapą GPS, która spełniała rolę tyleż łącznika ze światem, co przede wszystkim doskonałego nawigatora, bez którego nie sposób było wyobrazić sobie dalszej drogi. Podróż upływała nam przyjemnie, prawie sielankowo (jak przystało na charakter wyprawy), z lekką szczyptą zdrowego niepokoju wywołanego amerykańskim, dość rozbudowanym ruchem drogowym... Aż tu nagle - w samym środku pięcio, a może sześciopasmowej autostrady, gdzie co chwilę zjazdy, rozjazdy, drogowskazy - tablet bez żadnych wstępnych ostrzeżeń, zwyczajnie i po prostu, po cichu... zgasł. Umarł. Bez szansy na reanimację, ani na pożegnanie. Zabrał ze sobą nasze skarby, nasze mapy, nasz wygodny kontakt ze światem...

Ostatecznie zdecydowaliśmy się zjechać do najbliższego miasteczka i przemyśleć sprawę. Wjechaliśmy niemal wprost na parking sklepu, gdzie spędziliśmy kolejne trzy godziny, zastanawiając się czy uszczuplić budżet o 100$ na najtańszą nawigację, czy może kupić komórkę, lub wierzyć w zmartwychwstanie tabletu.
W międzyczasie: miła pogawędka z młodym sprzedawcą, który, choć zdawał się zupełnie nie wiedzieć what is Poland, był wyraźnie podniecony - głównie tym, że będziemy w Vegas, i tym, że w Polsce są plaże - poświęcił nam w związku z tym bardzo dużo czasu, oraz użyczył telefonu, żeby aktywować nam numer. Odwdzięczyliśmy się ostatecznie kupnem GPSa, co przypieczętowaliśmy wspólnym posiłkiem - Pepperoni za 5$.
Teraz czekała nas już tylko pustynia, chylące się ku horyzontowi słońce, kipiący upałem asfalt... Zmrok zapadał powoli, ale nawet gdy już zrobiło się ciemno, drogę oświetlały neony barów szybkiej obsługi, supermarketów i moteli... McDonald’s, Burger King, Wendy’s, KFC, Motel 6, Budget Inn, Super 8... Byliśmy na Drodze Matce. Zamierzałam spędzić tę noc w prawdziwie obskurnym motelu...
page9image16728

„Mieszkańcy Los Angeles i mieszkańcy pustyni znają się nawzajem z filmów i seriali, ale poza tym ich życiowe drogi rzadko się przecinają. Są dla siebie nawzajem tworami kultury masowej odrobinę bardziej realnymi od Myszki Miki.”




Noc w Barstow - bardzo długa ulica. Dziesiątki moteli i barów po każdej stronie. Tutaj obowiązkowo musi się zatrzymać każdy kto rozpoczyna, lub kończy podróż Drogą 66. Trafić do obskurnego motelu nie było trudno. Niska, rachityczna zabudowa, na parkingu truchła starych aut, a w recepcji - pokoju cuchnącym starością, wyklejonym setkami naklejek i pożółkłych pocztówek, za szklaną szybką siedział starszy Meksykanin.

- Jesteście w podróży poślubnej? Dam wam okrągłe łóżko, spodoba Wam się! - rzekł entuzjastycznie.

- Jedziecie do Wielkiego Kanionu? Weźcie dużo wody na drogę. Pokazać wam moje pudle? Javier, do nogi!


Okrągłe łóżka były prawdopodobnie chlubą gospodarzy - „Rounded beds, wi-fi, HBO, air-condition” - informował neon od frontu. Bez śniadania, ale co tam, skoro jest okrągłe łóżko! Co do samego łóżka, trudno powiedzieć by było w nim coś specjalnego, prócz kształtu oczywiście. Kwiecista kapa na oko z lat 80-tych (może starsza), wytarta, sztuczna tapicerka u wezgłowia... (Motelowy pokój w całej swej obskurności był jednym z tych, które wspominam najlepiej z całej podróży).

Cisza. W tym mieście motele służyły do spania, a bary do jedzenia i nie było niczego więcej, żadnej przestrzeni, która mogłaby wypełnić czas pomiędzy tymi czynnościami. Żadnych kasyn, burdelów, muzeów, kin... Pusto - tak samo w nocy, jak i w dzień. A ten motelowy pokój był właściwie dokładnie taki sam, jak ten z filmu braci Coen - „To nie jest kraj dla starych ludzi”, w którym główny bohater ukrywał się przed psychopatycznym mordercą. Wysłużona wykładzina, dziurawy materac, zmatowiałe lustro, zimnoniebieskie światło telewizora i jednostajny dźwięk klimatyzacji.

Leżę na tym okrągłym łóżku, na tej kwiecistej, niepranej od bardzo dawna kapie i nie mogę otrząsnąć się z wrażenia, że jestem w filmie. Mam poczucie, że mimowolnie przyklejają się do mnie teatralne gesty, hollywoodzkie dialogi - zgrabne i koniecznie z puentą w każdym zdaniu... Kino udzieliło namaszczenia tym pustyniom, motelom, autostradom.




„Dlatego travelling urzeczywistnia się najlepiej w rozgległej banalności pustyń lub w równie pustynnej banalności metropolii - ujmowanych (...) telewizyjnie, jako scenery, scenariusze.”

Najgorszy scenariusz, w jakim zdarzyło nam się uczestniczyć to przedmieścia Fresno. Byliśmy w posiadaniu papierowych książeczek z rabatami na motelowe spanie - są dostępne za darmo na stacjach benzynowych, czy w wypożyczalniach samochodów. Wybraliśmy jeden z najtańszych. Znajdował się przy ulicy tanich moteli, tuż przy torach kolejowych. W ciągu 5 minut spędzonych w aucie na parkingu minęły mnie dwie prostytutki i trzech dziwnych typów. Pięknie. M. wrócił wkrótce z recepcji z kluczem (takim prawdziwym, tradycyjnym kluczem - typowym dla prawdziwie old-schoolowych, konserwatywnych moteli. W sieciówkach obowiązują już karty magnetyczne). W drugiej ręce miał bonus od pani z recepcji - prawdziwie konserwatywny, szary papier toaletowy.

- Tu chyba mieszkają same prostytutki. Widziałeś? Tam mają swoją dziuplę - powie- działam wskazując na drzwi na samym końcu ich szeregu. Jak się później okazało - więcej pokoi miało swoich stałych lokatorów.

- Nie martw się - odparł M. - przed chwilą widziałem Anglików w recepcji, chcieli zobaczyć pokój - ta informacja uspokoiła mnie... Do czasu. Pięć minut później Anglicy odjechali z piskiem opon. Zostaliśmy sami. Sam pokój nie był najgorszy - klimatyzacja, telewizor z HBO, internet i lodówka. W pościeli znalazłam kilka czarnych włosów. Starałam się jednak o tym nie myśleć. Otwór w drzwiach, przez który można wyglądać na zewnątrz, zapchany był chusteczką. Łazienka: soczyście pomarańczowe ściany, plastikowe żaluzje stanowiące ekwiwalent szyby, koszmarny prysznic… no i robactwo - podjęcie decyzji o skorzystaniu z tej toalety zajęło mi całe dwie godziny. Wrażenia dopełniały efekty akustyczne - dziwne wycie za oknem i stukot uderzających o siebie żaluzji




Pusto. Co jakiś czas przejeżdża pociąg - widmo. Prostytutki otwierają drzwi, by wypuścić ostatniego klienta. Jakoś trwamy - do rana - by zjeść grzankę z kawą w towarzystwie starej Hinduski z recepcji, w aurze zapachu rytualnego kadzidełka


„Po pierwsze, zawsze dokonywać rezerwacji. Po drugie, w miarę możliwości rezerwować pokój w motelu z licencją znanej sieci - Holiday Inn, Ramada Inn, Comfort Inn czy Motel 6. Po trzecie, zawsze prosić o pokój na końcu. W ten sposób w najgorszym razie można trafić na głośnych sąsiadów najwyżej z jednej strony. I wreszcie po czwarte, prosić o pokój, który zaczyna się od jedynki.”

Fresno o poranku: cisza lekkiego wiatru nieznacznie zmącona przez targane nim puste kubki po Coli i zatłuszczone papiery... Przed motelem właściciel - z papierosem, na plastikowym fotelu, czasem w towarzystwie psa




W wielkich centrach roi się od ludzi o każdej porze dnia i nocy. Na przedmieściach nie ma ich za dnia wcale. Jedynie nocą tych kilkoro napotkanych pań i panów. Cała reszta przemieszcza się autami - prosto do domu, prosto do motelu, prosto do pokoju, do łóżka... lub raczej przed telewizor. Downtowns za dnia stają się ghostowns... Nie istnieją.


Tutaj Ameryka nie istnieje.

Przejeżdżając przez wyludnione, poranne przedmieścia Fresno, przechadzając się po pustynnym, gorącym Barstow - towarzyszyło mi to samo poczucie, że „tu właśnie, gdzie kino nie przybiera żadnej wyjątkowej formy, udziela ulicom i całemu otoczeniu swej mitycznej atmosfery”.

„Istnieje pewne zjawisko, lub rodzaj pobudzenia, a zatem i szczególne zmęczenie właściwe dla tego typu podróży. Przypomina drżenie mięśni prążkowanych wywołane nadmiarem gorąca i prędkości, nadmiarem rzeczy ujrzanych, przeczytanych, przemierzonych, zapomnianych.”



To uczucie ogarniało mnie co wieczór - coś, czego z rzadka doświadczam na co dzień, a w takim nasileniu - nigdy wcześniej. Co wieczór odradzające się na nowo objawienie kolejnego taniego, motelowego pokoju. I co wieczór nowe emocje towarzyszące temu objawieniu. Już wczesnym wieczorem bywałam tak zmęczona niesamowitym upałem i podróżą, setkami zdjęć, że mimo kolejnego niepowtarzalnego widoku, nie chciało mi się znów sięgać po aparat... Pamiętam do dziś kilka kadrów, które na zawsze pozostaną już tylko w mojej głowie, gdzieś na granicy fikcji i jawy, bo nie wystarczyło mi już sił i wytrwałości, by je uwiecznić na fotografii... Jak ten z Doliny Śmierci, gdzie upał był wprost nie do wytrzymania. 




Najpierw czekała nas przeprawa przez pięćdziesięciokilometrową, nieutwardzoną, kamienistą drogę, która miała nas zaprowadzić do Doliny. Nie samochodem terenowym, ale zwykłym, osobowym Fordem. Byliśmy zupełnie sami - starałam się nie przejmować natrętnie powracającą myślą co by się stało, gdybyśmy tak na przykład złapali gumę? Komórki nie działały, byliśmy na pustyni - bez żadnej wiedzy na temat miejsca i terenu. Jednak widok, jaki się nam ukazał po godzinie, bez wątpienia wart był tej drogi: biała jak śnieg słona pustynia, bardziej niż ocean horyzontalna - monumentalna, metafizyczna Boża architektura na tle oślepiającej niebieskości nieba. „Ekstatyczna forma zanikania”, fascynująca siła pustki i tajemnicy. Godziny spędzone na dnie tego ogromnego, wyschniętego jeziora, wśród tych pięknych i niebezpiecznych przestrzeni, zastąpiły godziny spędzone na opuszczaniu tej wielkiej dziury górskimi serpentynami... Nie długo dane było mi cieszyć się urokiem krajobrazu - czułam się jak zwiedziona syrenim śpiewem - dałam im się porwać i zachwycić - skończyło się na potwornym bólu głowy i nudnościach




Widok: zachodzące słońce nad gładką pustynią, spękana ziemia, gdzieniegdzie tylko drobne krzaki, targane gorącym wiatrem późnego popołudnia. Tam powinnam się była zatrzymać, zrobić zdjęcie, nakręcić film... Wiedziałam o tym, ale mimowolnie patrzyłam jak mi to umyka. Nie byłam w stanie się ruszyć. Ledwie otwierałam oczy, by zapamiętać strzępy obrazów znikających we wstecznym lusterku. „Trudno zachować na dłużej mentalny zachwyt i olśnienie niespodziewanym, trudno jest zachować rzeczom ich inspirującą siłę. Trwają zawsze tak długo, jak długo oglądamy je po raz pierwszy.”



„Death Valley i Las Vegas są nierozłączne, trzeba zaakceptować je jako całość, niewzruszone trwanie i najbardziej szaloną ulotność. (...) w istocie są to jedynie dwie strony tego samego zjawiska, dwa oblicza pustyni: szczyt prostytucji i widowiska wobec absolutnej ciszy i tajemnicy."



Simon Ruthberg był ponad siedemdziesięcioletnim Żydem, pochodzącym z warszawskiej Pragi. Urodził się jednak na terenie Związku Radzieckiego, bo miał to szczęście, że jego rodzice uciekli przed Holokaustem, stając się jedynymi Ocalonymi z kilkudziesięcioosobowej rodziny. Po wojnie zdecydowali jednak na zawsze wyemigrować do Los Angeles. Tym samym stając się częścią przeniesionego z Europy do Ameryki niewielkiego, żydowskiego świata, który jeszcze wiele lat później istniał w postaci kilku ulic, sklepów i knajp, gdzie jidysz był językiem żywych, a nie umarłych.

Spotkaliśmy się właśnie tam - w dzielnicy Fairfaix. Choć populacja Żydów wciąż jest tu liczna, to kultura jidysz przejawia się już tylko w muralach, starych sklepowych szyldach i nazwach potraw w kultowym Canter’s Delicatessen, gdzie byliśmy umówieni. Simon wykazywał wyraźną niechęć względem wszelkich przejawów nowoczesności i zauważalnie tęsknił do dawnych czasów. Czasów, gdy Rolling Stones’i urządzali próby w sali obok, Slash rozdawał gazety na rogu tej samej ulicy, a on sam prowadził tu sklep z muzyką klezmerską. Zagadując co chwilę znajomą, siwiejącą kelnerkę i zajadając ziemniaki z jajecznicą zdradził, że Dolinę Śmierci widział z samolotu i to mu wystarczy.

- A jak wam się podobało Las Vegas? - zapytał pomiędzy jednym kęsem a drugim, bo było to jedno z niewielu amerykańskich miast, które miał ochotę zwiedzić w swoim życiu.


- Byłem tam po raz ostatni w czasach, gdy jeszcze rządziła tam mafia. Nie to co teraz... Nie mam ochoty już tam wracać. Kiedyś Las Vegas miało prawdziwy, gangsterski klimat. Nie to co teraz.

Nie to co teraz.




Rzeczywiście, po kilku dniach spędzonych w hotelu z trzema rollercoasterami na dachu i kilkunastoma tysiącami gier na stanie - ja też miałam swoje zdanie na temat Las Vegas. Nie przyjechałam tu, by zajmować się hazardem, piciem ani imprezowaniem. Czas spędzałam głównie na zwiedzaniu hoteli i kasyn (tamtejszych substytutów muzeów i galerii). Zamiast w ekskluzywnych restauracjach wszystkich smaków świata, stołowałam się w McDonaldach i Burger Kingach wraz z tabunami bezdomnych i świrów. By następnie godzinami podziwiać misterium ludzkiej próżności w coraz to nowszych odsłonach coraz to wymyślniejszych budowli. 
Można by więc stwierdzić, że mój pobyt był nieszablonowy, gdyż popularne zdanie What happens in Vegas, stays in Vegas mnie nie dotyczyło. Nie miałam się bowiem czego wstydzić. Fascynowała mnie natomiast metamorfoza, jaką to miasto przechodziło każdego dnia. Jego codzienne, wieczorne wzrastanie, wynurzanie się z przestrzeni pustyni za sprawą migoczących świateł, fosforyzujących neonów, głośnej muzyki, pijackich okrzyków. I potem, wraz z nadejściem świtu - ponowne wyciszanie, powolne zanurzanie z powrotem w tkankę pustyni. To miasto jest pustynnym fantazmatem, wielką fatamorganą.

Spoglądam na zachodzące nad Las Vegas słońce z ostatniego piętra najwyższego hotelu w mieście i czuję absurdalność swojego położenia. Wielkie miasto tutaj? Tutaj naturalną formą egzystencji są pustynne, górskie pejzaże. Krajobrazy - widma, odrealnione, skąpane w mglistych pastelach i subtelnej ciszy. Prawdziwa twarz Vegas ukazuje się nam dopiero o poranku, kiedy słońce, ledwie wychyliwszy się zza gór, promieniuje nie dając nam chwili wytchnienia. Na ulicach pustki, co chwila mija nas cuchnący bezdomny, obładowany tobołami, lub prowadzący przed sobą wózek ukradziony z supermarketu. Oddalamy się nieco od ścisłego centrum, gdzie co druga działka jest pusta, zburzona, lub opuszczona. Słońce daje ostro popalić, pot spływa ze mnie strumieniami. Pod jakimś zardzewiałym neonem spotykam drugą pod rząd parę młodą podczas sesji fotograficznej. Ogólnie widziałam ich tu już kilkadziesiąt. Jak można wziąć ślub w Las Vegas?

- Może trzeba było skusić się na ten motel na przedmieściach? - pyta M. retorycznie Jedyne 26 $, taniej niż gdziekolwiek po drodze. I cóż z tego, że mieszkamy w najwyższym hotelu w mieście, skoro nasz pokój znajduje się na trzecim piętrze, z widokiem na ścianę, standardem taniego motelu i dziwnym zapachem na korytarzu? Trudno. Można przynajmniej za darmo wjechać na samą górę.




Przedmieścia Las Vegas okazują się ciche i bezludne. Wedding chapels, w których pary tak ochoczo biorą szybkie śluby o tej porze świecą pustkami. Jakiś pan, stojący na dachu jednej z nich - macha do mnie ręką i pokazuje na migi, bym zrobiła mu zdjęcie. W końcu czyż nie jest ciekawszy od tych rozpadających się siatkowych ogrodzeń, stert śmieci, opróżnionych butelek, zużytych prezerwatyw i niezagospodarowanych przestrzeni, które mijam co chwila?   




To chyba jest właśnie prawda o Las Vegas. Ta nieciekawa i zupełnie zwyczajna. Na tym etapie najwyraźniej zżyłam się już z pustynią tak bardzo, że klimatyzacja męczy mnie znacznie bardziej od upału. W hotelach trzęsę się z zimna. Wolę przedmieścia, rewir przegranych i tych, którzy nie mają wyjścia. Tkwią tu, bo trzyma ich praca, brak pracy, lub marzenie o lepszym życiu. Mijam ich nieustannie, a nad nami kolejne wielkoformatowe reklamy prawników, specjalistów od bankructw i rozwodów. Cóż, akurat oni nie mogą tu chyba narzekać na brak zajęć. 




Cytaty: "Ameryka" J. Baudrillard


poniedziałek, 5 maja 2014

O tachykardii i mlekach roślinnych.



No i mam. Poporodowe zapalenie tarczycy. Aktualnie w fazie nadczynności. Tarczyca powiększona, okoliczne węzły chłonne również. Dostałam leki na obniżenie czynności serca. Okazało się, że mam tachykardię - tętno powyżej 100 uderzeń/minutę (nawet w nocy!), o czym nie miałam pojęcia (przy niskim ciśnieniu w okolicach 90/60). Wszystko przez nadmierne wydzielanie hormonów tarczycy. Wyjaśniła się moja ostatnia wybitna nerwowość (od zawsze jestem nerwowa, ale ostatnio byłam wręcz rozstrzęsiona), nadpobudliwość, fale gorąca, nadmierna potliwość, osłabienie, drżenie rąk. Waga również nadal spada, zastanawiam się czy to także ma związek z nadczynnością? To schorzenie dotyka ponoć 5% kobiet, ale aż 50% w podwyższonym poziomem przeciwciał anty-TPO (czyli de facto z chorobą Hashimoto). No i mi się przytrafiło akurat. Super. Teraz czeka mnie ok 1-2 miesiące nadczynności a następnie powrót do niedoczynności tylko prawdopodobnie w gorszej postaci niż do tej pory…



Poza tym… po wielu upadkach, nieudanych próbach, ucieczkach i powrotach, namowach i odmowach  - przeszłam ostatecznie na tą koszmarną dietę całkowicie beznabiałową. Kaszkowa cera Gniewka rozszerzyła swoja terytorium na rączki i nóżki. Teraz jest cały kostropaty. A to co było na główce, czole i policzkach jak było - tak jest. Dieta trwa jak dotąd niecały tydzień, więc zamierzam cierpliwie czekać  na efekty minimum kolejne 2 tygodnie. Dietę bezjajeczną na razie odpuściłam - zastosuję się jak nie będzie postępów po odstawieniu mlekopochodnych. Póki co - uświadomiłam sobie w praktyce jak wiele produktów zawiera mleko. Właściwie większość lubianych przeze mnie słodyczy, co akurat wyjdzie mi na zdrowie. Batoniki, czekoladki, nawet chipsy! [sic!] O serach, jogurtach, maśle nie wspomnę - bo wiadomo. A moja dotychczasowa dieta to przede wszystkim mleko, sery, jogurty. Znacznie łatwiej byłoby mi przejść na wegetarinizm niż na bezmleczną. Nawet begzlutenowa jest łatwiejsza, bo można znaleźć zamienniki lubianych produktów. A jaka jest alternatywa dla mleka krowiego? Marna - jak dla mnie.

  • Mleko kozie - jest smaczne. Gorsze w smaku niż krowie, ale naprawdę niezłe. Byłoby dobrą alternatywą gdyby nie fakt, że… nie powinnam go pić. Mimo iż jest mlekiem uznawanym za hipoalergiczne - nie należy używać go w nadmiarze, bo może nastąpić reakcja krzyżowa - i jeszcze gorsze uczulenie niż dotychczas. Wolę nie ryzykować.

  • Mleko sojowe - d… nie urywa, ale od biedy ujdzie. Właściwie jedno ze smaczniejszych mlek roślinnych. Niestety soja nie wpływa najlepiej na moją tarczycę - jest niewskazana przy chorobie Hashimoto, więc nie powinnam stosować jej jako zamiennik, raczej od święta. Kupiłam zatem dwa jogurty sojowe o smaku waniliowym - już zjedzone. Deserki czekoladowe też są niczego sobie.

  • Mleko ryżowe - szczerze? Próbowałam się do niego przekonać - na marne. Przekonało mnie jedynie to o smaku czekoladowym. Co do naturalnego i waniliowego - nie zyskały mojej aprobaty. Chociaż to chyba zależy od firmy, bo jedno z waniliowych było ciut lepsze. Natomiast jako dodatek do naleśników, ciast, koktajli sprawdza się znakomicie. Nie ma intensynwego smaku i zapachu co działa na plus.

  • Mleko migdałowe -  nie umiem zrozumieć jak moja mama może je pić. Moim zdaniem jest w smaku naprawdę ohydne. Chyba najgorsze z dotychczasowych. Bardzo chciałam się do niego przekonać, ale nie dałam rady.

  • Mleko owsiane - kakaowe - pyszne. Najlepsze smakowe mleko z roślinnych. Natomiast zwykłe, bez dodatków smakowych szału niestety nie robi. Sprawdza się jako dodatek np do koktajli, czy naleśników.

  • Mleko quinoa - niesmaczne. Poziom migdałowego, jak na mój gust. Ma charakterystyczny smak i zapach, który skutecznie zniechęcał mnie do dalszej jego konsumpcji. Próbowałam zużyć je dodając do koktajlu bananowego, ale i jego smak jedynie obrzydzało.

  • Mleko kokosowe - próbowałam kupnego, z puszki. Płynna część zostaje na dole, a u góry tworzy się stała konsystencja. Można ją wymieszać i stosować jako dodatek do dań, ale do kawy średnio się nadaje.  Natomiast ja postanowiłam pójść za ciosem i zrobić wersję homemade, która okazała się całkiem smaczna - i znacznie lepsza niż wersja sklepowa. Myślę, że to najlepsze mleko roślinne, ale jakoś mi się nie chce codziennie go produkować :) ps. ostatnio spróbowałam też mleka kokosowego z kartona - o znacznie mniejszej procentowo zawartości

mleko kokosowe mojej produkcji

  • Mleko… moje - tak, piłam moje mleko. Nie jest dla mnie obrzydliwe i nie miałam żadnych oporów przed jego spróbowaniem. Porównywanie mleka ludzkiego do innych wytworów ciała jak np. mocz (a niektórzy mają takie podejście) to w moim przekonaniu nieporozumienie. Przecież to najlepszy posiłek jaki możemy dać niemowlęciu. Dlaczego więc miałby mnie obrzydzać zdrowy, pełnowartościowy napój, którym karmie własne dziecko, skoro nie obrzydza mnie mleko śmierdzącej krowy czy kozy? :) Przyznam, że początkowo moje mleko było naprawdę smaczne. Słodkie, kremowe, jak śmietanka. Teraz nadal jest dość tłuściutkie, choć lżejsze niż w pierwszych tygodniach. I zmienił mu się smak, ma dość dziwny posmak i już mnie nie satysfakconuje. A szkoda, bo byłaby to doskonała alternatywa dla krowiego i na pewno nie uczulająca…


Ostatnio staram się więc jadać więcej owoców i warzyw. W ramach słodkości - zajadam się deserkami Hipp dla niemowląt od 4. miesiąca życa :P Ograniczony do tej pory gluten wrócił w nieco (!) większych ilościach do jadłospisu, bo dieta bezglutenowa i bezmleczna to nieco za dużo jak na moje barki (i dodatkowo bez soi - która jest zastępnikiem mleczno-mięsnym w daniach wegańskich) . Mięso także jadam - tylko kurczak, indyk, ewentualnie wieprzowina. Z powodu potencjalnego uczulenia na białko krowie - zrezygnowałam całkowicie z wołowiny i cięleciny, których i tak specjalnie nie jadałam.




Co odpowiadam na sugestie, że skoro moja dieta jest tak ograniczona to i dieta dziecka karmionego  piersią taka będzie? Otóż, jak wykazały badania - podstawowy, odżywczy skład mleka matki jest stały, niezależnie od diety. Mleko matek europejskich i afrykańskich różni się niewiele, podobnie mleko matek otyłych i niedożywionych. Mleko matki jadającej tłusto jest tłustsze, to prawda. Natomiast pokarmu u matki jadającej lżej - jest z reguły więcej. Po to, aby zrekompensować zawartość tłuszczu - jego ilością. Aby w mleku zabrakło odżywczych i niezbędnych składników - musiałabym być więc skrajnie głodować. Odpowiednia dieta matki karmiącej jest więc potrzebna przede wszystkim po to, abym ja była dobrze odżywiona i nie chudła, bowiem wszystkie najważniejsze składniki na pierwszym miejscu odpłyną wraz z moim mlekiem. Działa to podobnie jak w ciąży - wszystko co najlepsze w pierwszej kolejności dostaje dziecko w łonie.

Reasumując - czekam na bezmleczne, bezsojowe propozycje śniadań, obiadów i kolacji :)


wtorek, 29 kwietnia 2014

Chrzest, kryzys laktacyjny, poporodowe zapalenie tarczycy itd.

fot. Magda Garncarek



Dawno nie pisałam. Ostatnie tygodnie mnie nieco przytłoczyły. Nie do końca potrafię je sobie poukładać pod kątem chronologicznym, ale na pewno działo się na tyle dużo, że nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo sił by usiąść i wytężyć się intelektualnie w celu spłodzenia nowej notki.

Wydarzeniem numer jeden jest na pewno Chrzest Święty Gniewka Beniamina, który odbył się w minioną sobotę. Dziecię nasze wykazało się odpowiednim wyczuciem chwili i postanowiło przespać całą mszę, by otworzyć jedynie oczy w momencie polania wodą, po czym zamknąć je z powrotem i spać dalej w najlepsze. Huczna impreza mająca miejsce do wieczora również nie była mu straszna. Ostatnie obserwacje jego zachowań w większych skupiskach ludzi prowokują mnie do wysnucia hipotezy, że Bubusek przepada za przebywaniem w stadzie. Im więcej się dzieje - tym lepiej. W święta wielkanocne  także zachowywał się jak aniołek - rodzina nie mogła wyjść z podziwu. Leżał sobie w najlepsze i przyglądał się otoczeniu. 

fot. +foto


Pierwszą  wyprawę do galerii handlowej również możemy uznać za udaną, mimo, iż poniższe zdjęcie zdaje się tego nie ilustrować najlepiej. Ryk rozległ się dopiero po 2 godzinach naprzemiennego oglądania otoczenia i drzemania - dziecko się ostatecznie znudziło gwarem  i chyba zrobiło się głodne. 

Niedługo po wizycie w centrum handlowym zaczął się mój pierwszy, odczuwalny kryzys laktacyjny. Piersi zrobiły się bardziej miękkie niż dotychczas, Gniewko chciał jeść znacznie częściej, i zaczynał się denerwować podczas ssania, jakby odczuwał, że pokarm się kończy, że jest go za mało. Sprawę potwierdziła próba odciągnięcia pokarmu laktatorem - podczas gdy do tej pory udawało się odciągnąć co najmniej 50-70 ml za jednym razem - tym razem ledwie ociupinka zebrała się na dnie. Zachowałam jednak spokój ducha, głównie dzięki temu, że przez ostatnie miesiące moja wiedza o laktacji znacznie się poszerzyła. I wiedziałam już, że taki kryzys zdarza się często właśnie w 3 miesiącu (ale również w 3, 5, 6 tygodniu oraz 6, 9 miesiącu). Zazwyczaj jest to związane z dostosowaniem się podaży pokarmu do kolejnych etapów rozwoju dziecka (skoki rozwojowe), lub ze stresem czy zmianami hormonalnymi. Najbardziej skutecznym i najlepszym sposobem rozwiązania tego problemu - jest jak najczęstsze przystawianie dziecka do piersi na żądanie. Tak też robiłam, mimo lekkiego stresu, że dziecko się nie najada. Dodatkowo wspomagałam się herbatkami na laktację i piwem bezalkoholowym Karmi, choć nie do końca wierzę w zbawienną moc tych specyfików. Tak czy siak - nie zaszkodziło spróbować. Wiedziałam natomiast, że najgorszym rozwiązaniem w sytuacji kryzysu laktacyjnego, jeśli chce się utrzymać laktację - jest podanie mleka modyfikowanego. Wówczas dziecko naje się mlekiem modyfikowanym (a jest ono cięższe do strawienia niż pokarm kobiecy) i nie będzie potrzebowało już tak częstego przystawiania do piersi, a co za tym idzie - nie będzie stymulowało ich do produkcji pokarmu. I tak koło się zamyka. Na szczęście miałam wsparcie mojej mamy i dobrych rad płynących z fejsbukowej grupy wsparcia Karmiące cyce na ulice :). "Grozy" całej sytuacji dodawał fakt, że od dwóch tygodni Gniewko bardzo mało przybierał (ok. 60 g na tydzień) i pediatra u której byliśmy powiedziała, że jeśli do następnego tygodnia nie przytyje 150 g - to musimy się zjawić w przychodni ponownie. Na szczęście futrowanie Gniewka mlekiem popłaciło - w tym samym tygodniu, w którym zdarzył się nam kryzys - moje dziecko przytyło aż 240 g! Ponowna wizyta w przychodni nie była więc potrzebna. Problemy z tyciem były prawdopodobnie związane z rzadszym jedzeniem i czasem naprawdę długimi przerwami nocnymi (ok 8 h), a to właśnie pokarm nocny jest najtłustszy. Teraz budzę Gniewka na ostatni posiłek ok godziny 12 w nocy, tuż przed moim pójściem spać. 


Wszystko zrobiło się jeszcze bardziej skomplikowane, ponieważ pediatra zaniepokoiła się zmianami skórnymi na buźce Bubuska i zaleciła mi nie jedzenie nabiału (w tym jaj) przez cały tydzień. Faktycznie - nieustannie pojawiające się i znikające suche plamy z krostkami na czółku, głowie, skroniach, czasem na policzkach - wyglądały trochę jak alergia. Już kiedyś sugerowałam to innej lekarce, ale ta stwierdziła, że to nie to. Postanowiłam jednak odwlec sprawę na "po świętach", bo nie dość, że jestem wielbicielką nabiału w każdej postaci, to świąt bez jajek już sobie zupełnie nie umiałam wyobrazić. Ale próbowałam się mocno ograniczyć. Na radykalną dietę przeszłam zaraz po świętach, ale te suche plamy wciąż nie dawały mi spokoju. Udało mi się zapisać Gniewka z dnia na dzień do dermatologa, który z kolei orzekł, że to nie żadna alergia, tylko "rogowacenie skóry" typowe dla niemowląt. Kazał smarować kremem i nie ograniczać się z dietą. Wróciłam do nabiału w ograniczonej formie, choć sprawa skóry się nie poprawia. Kolejna wizyta za nieco ponad tydzień. Niestety niejedzenie nabiału mi wyraźnie nie służy. Nabiał był w niemal każdym moim posiłku, a jedzenie chleba z samą szynką (bez masła) i plastrem pomidora czy też samym dżemem - średnio mi odpowiada. Pasztety wegetarianskie - też nie bardzo. Tym sposobem, zjadłszy na śniadanie jedynie kromeczkę z dżemem - prawie zemdlałam stojąc w rejestracji u dermatologa, gdzie dodatkowo było duszno i śmierdziało potem. Nie wiem czy nie miała też na to wpływu moja, jak się okazuje będąca w nienajlepszym stanie -  tarczyca. Otóż, jako ofiara choroby Hashimoto, skutkującej jej niedoczynnością - od roku biorę hormon, którego moja tarczyca nie wytwarza w wystarczających ilościach. Ostatnią kontrolę hormonów tarczycy miałam 6 tygodni po porodzie i wszystko było w najlepszym porządku - wyniki w idealnej normie. Tymczasem wczoraj ze zdumieniem odkryłam, iż moje wyniki nie tylko są dalece poza normą - to na dodatek są skrajnie odmienne od wyników (nawet tych złych), które miałam do tej pory. TSH, który przed leczeniem był w nadmiarze - nagle jest na zatrważająco niziutkim poziomie. FT4, który zawsze był w normie - nagle jest znacznie ponad nią! Jednym słowem zamiast niedoczynności - mam teraz nadczynność. Jutro idę do endokrynologa, ale wszystko wskazuje na to, że przechodzę tzw. poporodowe zapalenie tarczycy i po tym epizodzie nadczynności, po ok 1-2 miesiącach wszystko powinno się uregulować. Mam taką cichą nadzieję, bo ostatnio zdecydowanie za dużo tych wizyt lekarskich.

fot. Magda Garncarek


No i odwiedziła nas moja kochana Madzia, która jest autorką powyższych zdjęć "przed i po".

A co poza tym? Bubusek w końcu zaczął chwytać! Czekałam na to dość długo i już nie mogłam się doczekać. Wydaje również coraz to częstsze i donośniejsze dźwięki o przeróżnym natężeniu - z reguły piski, krzyki o zabarwieniu raczej pozytywnym ;) Uśmiecha się baaardzo często. Zazwyczaj gdy nachylam się rano nad jego łóżeczkiem - również wita mnie powalającym uśmiechem :) Nałogowo ssie sobie łapki. Próbuje już przewrócić się z pleców na brzuszek, ale zupełnie mu to jak narazie nie wychodzi. No i już chyba tak bardzo nie łysieje. W przeciwieństwie do własnej matki, która to właśnie w ostatnim tygodniu zaczęła w końcu tracić swe ciemne, długie włosy, których to dziesiątki już można napotkać w każdym zakamarku mieszkania. Niestety - a ja się łudziłam, że uda mi się tego uniknać. O, naiwna!

fot. Magda Garnacarek

niedziela, 13 kwietnia 2014

Prawie 3 miesiące razem.

17 kwietnia miną dokładnie 3 miesiące od tego pamiętnego dnia, w którym powiłam mego syna pierworodnego. (Powiłam - jak ładnie to brzmi, ha.)  Od 3 miesięcy Gniewko jest już po tej stronie brzucha i muszę przyznać, że całkiem się do niego przyzwyczaiłam. A nawet - chyba się w nim zakochałam. W każdym razie jest to uczucie całkiem bliskie zakochaniu. Z tym, że przebywam z obiektem moich uczuć praktycznie 24 h na dobę - z maksymalnie kilkugodzinnymi przerwami, kiedy to zostawiam go pod opieką dziadków. Kiedy z nim jestem - nie mogę się napatrzeć. Taki śliczny, piękny i uroczy jest (kiedy nie płacze ;). A kiedy tracę go z oczu - mam ochotę natychmiast go dotknąć, zobaczyć. Ewidentnie zauroczenie. Choć wcale nie przyszło tak od razu - jak niektóre matki twierdzą. Słyszałam historie o miłości od pierwszego wejrzenia, tuż po porodzie. Ja mojego synka pokochałam odkąd dowiedziałam się, że istnieje jako kilkucentymetrowe stworzenie wewnątrz mojego brzucha, ale dopiero odkąd się urodził kocham go z każdym dniem coraz bardziej. 





3 miesiące temu nie wiedziałam co mnie czeka. 3 miesiące temu oglądałam film na tej samej kanapie co dzisiaj, z tą małą różnicą, że Gniewko był w moim brzuchu, a dziś spał w pokoju obok.  3 miesiące temu było mi ciężko zwlec się z łóżka z powodu ciężaru, dziś - z powodu niewyspania. 3 miesiące temu Gniewko było moim wyobrażeniem, dziś jest realny - taki do dotknięcia, pocałowania, przytulenia, oglądania. Puszczający bąki, robiący kupy, sikający po ścianach podczas przewijania, ulewający mlekiem na panele podczas odbijania, kichający, głużący, uśmiechający się, płaczący, oddychający. Realny i namacalny. Każdego dnia myślę jakie mi się szczęście przytrafiło. Chyba wciąż nie do końca w nie wierzę. Że to mój własny syn - prawdziwy, mały, żywy człowiek. Że jeszcze rok temu wcale go nie było. Nawet w zalążku. Nawet odrobinę. Po prostu nie istniał. A dzisiaj istnieje tak bardzo, że ciągle nie mogę się nadziwić. Trochę mnie zawsze śmieszyły matki zachwycające się swoimi dziećmi, takie nieobiektywne i żenująco wiecznie nimi podniecone. No. Wciąż nie wierzę, ale taką matką właśnie się stałam. Żenująco wiecznie zachwyconą - ach och jaki słodziutki Bubusek. Owszem, czasem mnie to moje dziecko irytuje. Przydługie marudzenie bez przyczyny potrafi dać w kość, szczególnie jak się wiele godzin jest z dzieckiem sam na sam. Ale wystarczy jeden uśmiech - i już, wybaczone. Już nie irytuje, już nie mam dość - już jest cacy, piękny i słodziutki.



Co się zmieniło u mnie przez ostatnie 3 miesiące? 
  • Nie wysypiam się, choć Gniewko w nocy wcale nie daje mi popalić.
  • Wróciłam do wagi sprzed ciąży - bez diet i ćwiczeń.
  • Mam wiecznie stos rzeczy do prasowania.
  • Nie mam potrzeby opróżniać co godzinę pęcherza.
  • Widzę swoje stopy zza brzucha.
  • Po 9 miesiącach przerwy - znów noszę ciężkie rzeczy (głównie gondolę z Gniewkiem w środku  - dwa piętra w dół i z powrotem).
  • Rzadziej siedzę przed komputerem.
  • Częściej chodzę na spacery.


A co się zmieniło u Gniewka?

  • Nie wygląda już jak miniaturowy zawodnik sumo rasy żółtej.
  • Nie płacze podczas przewijania. (czasem - sporadycznie mu się zdarzy).
  • Uwielbia kąpiele. Zachowuje się w wannie jak w pięciogwiazdkowym SPA - pełen relaks.
  • Wyłysiał.
  • Przytył - zaczyna przypominać ludzika Michelin. Waży 5600 g.
  • Zmienił kolor oczu - z granatowych na niebieskie.
  • Urosły mu brwi i rzęsy. Już dawno, ale na samym początku prawie ich nie miał.
  • Uśmiecha się. Szczególnie upodobał sobie pluszowy księżyc, którego traktuje jak istotę ludzką.
  • Gęga. "Gu," Agu", "Bu", "Me" są na porządku dziennym.
  • Pokrzykuje, a czasem się zaśmiewa.
  • Odwraca się nagminnie z brzuszka na plecy.
  • Będąc na brzuszku potrafi podnieś klatkę piersiową, opierając się na rękach.
  • Trzyma włożoną do ręki grzechotkę.
  • W pozycji pionowej potrafi utrzymać sztywno główkę.
  • Uwielbia wsadzać sobie do buzi swoje piąstki, które namiętnie ciumka. 
  • Ma coraz lepszy wzrok. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że lepszy niż mamusia (- 5,5 dioptrii, pozdrawiam :)
  • Sypia od kilku tygodni znakomicie. Potrafił przespać nawet 9 godzin bez przerwy, choć zdarza mu się obudzić na jedno, nocne karmenie. Póki co - nie narzekam.


Jak mu się podoba po tej stronie brzucha? 
Nie wiem, ale wygląda zazwyczaj na całkiem zadowolonego. Chyba zdążył się już zadomowić.