Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 marca 2016

Naleśniki bezglutenowe, bezmleczne, bezjajeczne

Dzisiaj na szybko. Wpis, który miał powstać rok temu. Ale mimo, że nie powstał do tej pory - bardzo często z niego korzystam. Teraz dodaję do tego przepisu również jedno jajko, ale absolutnie nie ma takiej potrzeby. 
Wiele razy korzystałam z przepisu, który znalazłam na tym blogu: http://kuchniabezalergii.blogspot.com/2013/02/bezglutenowe-nalesniki-bez-mleka-i-jaj.html

SKŁADNIKI:
mleko roślinne (najczęściej używałam migdałowego, ale poniżej prezentuję ryżowe) - 400 ml
mąka ryżowa - 4 czubate łyżki
mąka ziemniaczana - 4 czubate łyżki
banany - 2 sztuki
(opcjonalnie jajko, łyżka oleju, szczypta soli)

Jak widać na zdjęciach poniżej - do smażenia używałam początkowo oleju rzepakowego RAPSO, ale ostatnimi czasy smażę na oleju kokosowym i osobiście uważam, że to lepsza opcja.

Zdecydowanie polecam patelnię do naleśników, odpowiednio rozgrzaną. Nie powinno być wówczas problemu z nadmiernym przywieraniem.

Nie ma konieczności dosładzania naleśników dżemami czy musami, bo same w sobie są odpowiednio słodkie dzięki bananom.










Jeśli chodzi o nasze problemy z egzemą (pewnie niektórzy są ciekawi), to jest o niebo lepiej od lata zeszłego roku. Od tej pory nie użyliśmy już żadnych sterydów, żadnego elidelu. Wystarczyła nam prosta "biała papka", złożona z tlenku cynku, gliceryny, talku i wody wapiennej. Natychmiast goiła wszelkie zaostrzenia na plecach, które właściwie przestały się w pewnym momencie pojawiać. Kiedyś być może opiszę sprawę obszerniej. Póki co - mamy pewne alergiczne symptomy, typu czerwone policzki od czasu do czasu, lub suche plamki, krostki, ale standardowo nie wiadomo od czego. Niebawem będziemy mieli kolejne podejście do glutenu (kasza jęczmienna zaliczona! orkisz też.), a tymczasem jesteśmy w trakcie prowokacji nabiałem, bez niespodzianek. Czerwone policzki i tak się pojawiają kiedy chcą ;) A naleśniki i tak są pyszne!


czwartek, 5 marca 2015

Bezmleczne, bezglutenowe, bezjajeczne ciasto czekoladowe bez… czekolady :)



Jestem osobą dość wybredną w kwestii jedzenia. Nie lubię przesadnie eksperymentować w tej dziedzinie. Mam od lat swoje smaki - zarówno ulubione, jak i te, do których nigdy się nie przekonam. Dlatego dieta bezmleczna i bezglutenowa to w moim przypadku niełatwe wyzwanie, choć przyznam, że bardziej uciążliwa dla mnie jest raczej ta pierwsza. Aktualnie ograniczam też w swojej diecie wiele innych produktów jak soja, czekolada, cytrusy, jajka (jadam tylko przepiórcze). Zasadniczo nie wiem czy ma to sens, ale patrząc na plecy mojego syna, pokryte suchymi, zaogniającymi się plamami (które w tym momencie są o niebo lepsze niż miesiąc temu, ale - jak już pisałam - to lubi się zmieniać niespodziewanie) - wolę trzymać się węższej i bezpieczniejszej gamy produktów. Zwłaszcza, że do lekarza specjalisty chodzimy raz na miesiąc, a w międzyczasie jestem zdana na siebie i własne błądzenie wśród rzekomych alergenów… 



Ale przejdźmy do konkretów! Ten przepis wygrzebała gdzieś i wydrukowała moja mama - jednak trzeba go było zmodyfikować na nasze potrzeby i oto powstało:

CIASTO CZEKOLADOWE BEZ CZEKOLADY

przepis na ciasto:
  • 1 szklanka mąki ryżowej
  • 1/2 szklanki mąki z cieciorki
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 2/3 szklanki cukru (lub odpowiednio mniej ksylitolu - będzie mniej kalorycznie)
  • 1 szklanka ugotowanych i startych drobno buraków i marchwi
  • 1 szklanka deseru ryżowego o smaku waniliowym (lub jogurtu naturalnego sojowego)
  • 1 szklanka oleju np rzepakowego lub ryżowego
  • 1 czubata łyżka oleju kokosowego
  • 1/2 szklanki wody
  • 4 łyżki karobu
  • 1 łyżka powideł śliwkowych 
  • 1 łyżeczka wanilii naturalnej lub cukru z wanilią (nie wanilinowego)
  • 2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej

Przepis na polewę karobową:
  • 8 łyżek cukru lub odpowiednio mniej ksylitolu / syropu klonowego
  • 4 czubate łyżki karobu
  • ok. 1/2 szlanki wody
  • szczypta wanilii, lub łyżeczka cukru z wanilią
  • łyżka oleju kokosowego

Sposób przygotowania:

Mąki przesiać, dodać cukier, kakao oraz sodę i wszystko wymieszać.





Następnie dodać resztę składników (olej kokosowy po uprzednim podgrzaniu i przestudzeniu, żeby był płynny). Całość mieszać łyżką, aż składniki się połączą. Przełożyć do foremki wyłożonej papierem do pieczenia. Piec w temperaturze 190 stopni przez ok 40 minut.






Ciasto po wystudzeniu posmarować polewą karobową.


Smacznego tym na diecie, oraz tym eksperymentującym! :)




poniedziałek, 1 września 2014

Nie masz czasu na śniadanie?

Tak, wiele razy słyszałam z ust młodych matek (ze swoich ust także ;): "Nie mam czasu nawet zjeść śniadania". Mnie też się to zdarza. Nie mniej chciałabym zaproponować Wam superszybkie rozwiązanie na bardzo skuteczne, poranne zapełnienie żołądka. Przygotowanie mojego magicznego trunku zajmuje może kilka sekund więcej niż zalanie płatków mlekiem, ale za to konsumpcja jest znacznie  szybsza od kilkuminutowego wiosłowania łyżką.

Choć od czerwca odpuściłam sobie dietę bezmleczną, to do śniadania w postaci mleka z płatkami lub musli - do tej pory nie wróciłam. Od jakiegoś tygodnia zajadam się wprawdzie owsianką na wodzie, zalaną niewielką ilością mleka, ale przez wiele tygodni był to dla mnie zakazany owoc. Uwierzcie mi, że osobie, która do tej pory jadała na śniadanie jedynie produkty mleczne (albo kawa z mlekiem, albo mleko z płatkami, albo chleb z serem, albo twarożek…) - ciężko jest wymyślić coś innego, a zwłaszcza kiedy nie ma na to czasu.

Zanim przeszłam na dietę bezmleczną przepadałam za szybkim koktajlem bananowym, robionym oczywiście na mleku. Postanowiłam więc "przerobić" go dla siebie w bardzo prosty sposób - dodając zamiast mleka krowiego - mleko roślinne. Próbowałam wersji z mlekiem kokosowym, z kaszy quinoa i ryżowym. Muszę przyznać, że zdecydowanie najbardziej polubiłam wersję z mlekiem ryżowym o smaku waniliowym. Jeśli dodatkowo, po nieprzespanej, ciężkiej nocy chcecie postawić się na nogi - polecam dolać do koktajlu, magicznego eliksiru w postaci filiżanki espresso.

A oto mój koktajl, którego wykonanie zajmie wam ok. 3 minuty, a wypicie ok. 1 minuty ;)


KOKTAJL BANANOWO-KAWOWY BEZMLECZNY
2 banany
300 ml mleka ryżowego o smaku waniliowym
(opcjonalnie) filiżanka espresso
blendujemy i gotowe!



… i wymówki, że brakuje czasu - już nie ma :) Smacznego!

piątek, 1 sierpnia 2014

Apple Pie z polskich jabłek bezglutenowe, bezmleczne, bezjajeczne! #jedzjabłka

Postanowiłam dołączyć się do akcji Postaw się Putinowi - jedz jabłka! #jedzjabłka w ramach sprzeciwu wobec rosyjskiego embarga m.i. na polskie jabłka. Zakupiłam więc rzeczone i postanowiłam upiec z nich szarlotkę w stylu amerykańskim. Wyszło mi coś takiego:


… i jest ona całkiem smaczna! A przez wzgląd na moje ostatnie przejścia (choć od miesiąca jem już praktycznie wszystko, ograniczając wciąż spożycie jajek i mleka w czystej postaci), wrażliwa na problemy alergików oraz matek karmiących alergików - postanowiłam, że będzie jeszcze ambitniej! 

Postanowiłam, że upiekę szarlotkę bezglutenową, bezmleczną i bezjajeczną!
Był moment, że prawie się poddałam, z mąką walającą się po podłodze, dzieckiem ryczącym nieopodal i domagającym się uwagi, jabłkiem rozbryzganym na blacie kuchennym i ciastem poprzyklejanym do wszystkich możliwych powierzchni, ale… udało się! Choć łatwo nie było...

Jak widać...

Inspirowałam się kilkoma przepisami znalezionymi w internecie (zwłaszcza tym), ale zmodyfikowałam je na własne potrzeby. 

Generalnie nie przepadam za mąką pszenną, choć aktualnie nie jadam stricte bezglutenowo. Nie oszukujmy się, ale mąka pszenna jest najmniej zdrową z wszystkich dostępnych mąk. Jeżeli wolicie mąkę glutenową, to bardziej polecam żytnią. Oczywiście kruche ciasto znacznie łatwiej jest zrobić z mąki pszennej, niż jakiejkolwiek innej.... Ale w końcu miało być ambitnie! No i wyszło kruche.

Być może sprawdziłaby się również mąka ryżowa, ale tym razem postawiłam na gryczaną z dodatkiem kukurydzianej (można bez kukurydzianej). Zamiast masła (w końcu miało być bezmlecznie) - skorzystałam z oleju. Tak więc - do dzieła!


Składniki:

Ciasto:
400 g mąki gryczanej (można bez kukurydzianej - wówczas 500 g)
100 g mąki kukurydzianej 
niecała szklanka cukru trzcinowego
1/2 szklanki wody
1/2 szklanki oleju
łyżeczka cukru z wanilią (nie używam wanilinowego, tylko naturalnego)
można dodać 2 łyżeczki proszku do pieczenia (ja nie dodawałam)

Nadzienie:
3 jabłka
ok. 2 łyżki płatków ryżowych (do posypania ciasta)
ok. 3 łyżki dżemu morelowego (nie trzeba)
cynamon

1. Składniki ciasta mieszamy na jednolitą masę


2. Zostawiamy trochę ciasta na dnie miski, żeby móc zrobić z niego później paski na wierzch. Resztę ugniatamy w kulę, ale ważne by wcześniej posypać dłonie mąką, zanim dotkniemy ciasta (jest baaaardzo lepiące, więc dłonie muszą być suche i najlepiej z mąką). Blat i wałek również musimy posypać mąką, aby ciasto się do nich nie przykleiło (koniecznie - nie żałujcie jej!).  Rozwałkowujemy i wycinamy okrąg, który przekładamy do foremki, uprzednio posmarowanej olejem.

3. Ścieramy na tarce jabłka, odsączamy nadmiar soku, dodajemy do nich dżemu morelowego i cynamonu wedle uznania. 

4. Posypujemy ciasto w foremce płatkami ryżowymi, żeby nie nasiąknęło za bardzo sokiem z jabłek, następnie kładziemy na nie nadzienie.

5. Z reszty zostawionego ciasta wycinamy paski i kładziemy na górę dla ozdoby.


6. Wsadzamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na 45 minut.


W międzyczasie sprzątamy syf, który zostawiliśmy w kuchni ;)


A po 45 minutach otwieramy piekarnik i… GOTOWE!


Gniewko w prawdzie nie próbował, ale za to chwali się swoimi dwiema dolnymi jedynkami, które ledwo co wyjrzały mu znad dziąseł ;)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Mama na diecie bezmlecznej, bezjajecznej, bezglutenowej, bezcytrusowej, bezselerowej, bezorzechowej, bezrybnej, bezsojowej itd...



Miałam pisać. Dużo miałam pisać. Ale jakoś… nie chce mi się. Nie mam siły. Nie mam czasu. 
Gdyby ktoś mi powiedział 3 miesiące temu, że będę się dziś katować ekstremalną dietą tylko po to, by znaleźć alergen, który uczula moje dziecko - nie uwierzyłabym. Postukałabym się po głowie. Bo i po tak się katować? Podać preparat mlekozastępczy i po sprawie. Bo "bez przesady, bez sensu". Tak myślałam, serio. Niedawno tak myślałam. Wiedziałam, że mleko jest nadal wartościowe i zawiera wszystkie potrzebne składniki, ale z drugiej strony - to chore by matka się tak katowała. 

Teraz wiem, że to nie takie proste. Bo - po pierwsze mądre ludzie piszą i gadają, że dziecko conajmniej do 6 miesiąca powinno być karmione wyłącznie piersią, o ile tylko jest taka możliwość (to wiemy), a po drugie u alergików - jest to podwójnie wskazane. To znaczy, że alergik powinien być karmiony piersią jak najdłużej. No i masz babo placek. A co zrobić, jeśli od ponad miesiąca nie potrafię znaleźć przyczyny alergii wśród pokarmów, które spożywam?

Jeszcze 2 miesiące temu wzdrygałam się na myśl o diecie bezmlecznej. Bardzo nie chciałam, odwlekałam, marudziłam, narzekałam. Kocham mleko, nabiał - to była znaczna część moich posiłków. Alergia nie była bardzo dokuczliwa. Dopiero gdy skóra na całym ciele zrobiła się szorstka, a suche plamy na głowie nie schodziły - przeszłam na dietę bezmleczną. Dwa tygodnie bez nabiału (jadłam jajka) i odpuściłam. Nic się nie poprawiło, a wręcz pogorszyło. Pojawiły się czerwone plamy, liszaje na rączkach i nóżkach. Zeszły niedługo po powrocie do standardowej diety. Dwie lekarki (pediatra i dermatolog), które uznały, że "to nie alergia" dodatkowo zachęciły mnie do niekatowania się eliminowaniem ulubionych produktów. Ale potem dzień po dniu inna pediatra i alergolog szybko przekonali mnie do zmiany zdania. Zalecenie alergologa: dieta bezmleczna, bezjajeczna, bez soi, orzechów, cytrusów, kakao, selera, ryb - na 3 tygodnie. Challenge accepted.
Dodatkowo sama odrzuciłam wołowinę, cielęcinę, truskawki i produkty glutenowe (zdziwiona, że alergolog nawet nie sugerował pszenicy, skoro jest ona zaraz na drugim miejscu najpopularniejszym po mleku alergenem). Niedługo później odrzuciłam kiwi i pomidora, bo wyczytałam, że uczulają krzyżowo z trawami i zbożami, na które uczulony jest Mieszko. W zeszłym tygodniu odrzuciłam maliny, z których jeszcze na diecie codziennie robiłam pyszny kisiel domowej roboty, a który swoją drogą serdecznie każdemu polecam. Odrzuciłam w końcu jabłka i gruszki. Ostatnio uznałam, że nie będę też jeść wieprzowiny (której i tak niewiele jadłam) i kurczaka. W piątek miną 3 tygodnie diety poszerzonej względem tej zaleconej przez alergologa i… szczerze mówiąc nie widzę różnicy. Zmiany powstają i znikają. Nie jest tak, że cały czas jest źle. Czasem praktycznie całkiem się goi i oprócz tego, że ma suchą, kaszkowatą skórę na rączkach i nóżkach (która dzięki maściom nie jest taka tragiczna) i drapie się głównie po głowie - nic specjalnego po nim nie widać. A dwa dni później znów jakieś czerwone plamy wychodzą i suche czoło. Tak jakby to wszystko działo się niezależnie od diety, lub jakby w mojej diecie były jednak produkty, których nie powinno być. Nie wiem tylko jakie. Rozważam przejście na dietę kilkuskładnikową, ale po prawdzie mam serdecznie dosyć i nie wiem. Nie mam już tej pewności, że będę karmić długo. Bo gdyby to była ta marna dieta beznabiałowa, której tak się bałam - to pal sześć. Poświęciłabym się. Już przywykłam do tych fatalnych mlek roślinnych (nawet wypróbowałam ostatnio nowe - z kaszy quinoa. Nie polecam ;). Ale to, co aktualnie spożywam to jakaś masakra. I na dodatek wciąż nie wiem czy dalej się nie ograniczać. W dalszej kolejnosci wywalić banany, mleko kokosowe, ziemniaki, ryż, kukurydzę… Zostaje mi indyk i kasza jaglana. I naleśniki gryczane na wodzie. I buraki. Chociaż one teoretycznie też mogą uczulać…

Dietę zamierzałam zacząć rozszerzać po 6 miesiącu, szczególnie, że u alergików nie powinno się tego robić wcześniej. I bardzo ostrożnie. A pediatra na ostatniej wizycie proponuje mi  nie pojedynczo, tylko od razu ziemniak z marchewą i jeszcze do w tym samym miesiącu gluten! No na bank. Nie idę na to. Nie wiem nawet co dziecko uczula z mojego mleka, a już mam dietę rozszerzać? Oj, nie bardzo. Jeszcze poczekam. Tym bardziej, że rozważam metodę BLW, którą można zacząć dopiero gdy dziecko siedzi samo stabilnie w krzesełku. 

Generalnie nie przejmowałabym się aż tak gdyby nie dość podwyższone eozynofile w rozmazie z morfologii. Jak słusznie zauważyła pediatra - świadczą one najprawdopodobniej o alergii właśnie, lub pasożytach, ale te drugie wykluczyła. Ja tymczasem wyczytałam, że nawet u dzieci karmionych piersią się zdarzają takie akcje… I rozważam test w tym kierunku. Tymczasem w czwartek wizyta u alergologa. Zobaczymy co powie. Na razie jesteśmy w fazie zadrapanego czoła, dość suchego, ale jakby znów wracało do normalności. A kolejne tygodnie będą na pełnych obrotach - pracuję. Zapowiadają się śluby, fotografowanie i dekorowanie. No i w międzyczasie dzieciokarmienie. Nie wiem jak się to wszystko uda połączyć, ale musi.

A mi właśnie prąd odcięło… może następnym razem będzie pozytywniej, bardziej składnie i ciekawiej. A ja tymczasem odzyskam siły i chęci do czegokolwiek. W końcu drugi Dzień Matki za mną. Jest się z czego cieszyć :)



poniedziałek, 5 maja 2014

O tachykardii i mlekach roślinnych.



No i mam. Poporodowe zapalenie tarczycy. Aktualnie w fazie nadczynności. Tarczyca powiększona, okoliczne węzły chłonne również. Dostałam leki na obniżenie czynności serca. Okazało się, że mam tachykardię - tętno powyżej 100 uderzeń/minutę (nawet w nocy!), o czym nie miałam pojęcia (przy niskim ciśnieniu w okolicach 90/60). Wszystko przez nadmierne wydzielanie hormonów tarczycy. Wyjaśniła się moja ostatnia wybitna nerwowość (od zawsze jestem nerwowa, ale ostatnio byłam wręcz rozstrzęsiona), nadpobudliwość, fale gorąca, nadmierna potliwość, osłabienie, drżenie rąk. Waga również nadal spada, zastanawiam się czy to także ma związek z nadczynnością? To schorzenie dotyka ponoć 5% kobiet, ale aż 50% w podwyższonym poziomem przeciwciał anty-TPO (czyli de facto z chorobą Hashimoto). No i mi się przytrafiło akurat. Super. Teraz czeka mnie ok 1-2 miesiące nadczynności a następnie powrót do niedoczynności tylko prawdopodobnie w gorszej postaci niż do tej pory…



Poza tym… po wielu upadkach, nieudanych próbach, ucieczkach i powrotach, namowach i odmowach  - przeszłam ostatecznie na tą koszmarną dietę całkowicie beznabiałową. Kaszkowa cera Gniewka rozszerzyła swoja terytorium na rączki i nóżki. Teraz jest cały kostropaty. A to co było na główce, czole i policzkach jak było - tak jest. Dieta trwa jak dotąd niecały tydzień, więc zamierzam cierpliwie czekać  na efekty minimum kolejne 2 tygodnie. Dietę bezjajeczną na razie odpuściłam - zastosuję się jak nie będzie postępów po odstawieniu mlekopochodnych. Póki co - uświadomiłam sobie w praktyce jak wiele produktów zawiera mleko. Właściwie większość lubianych przeze mnie słodyczy, co akurat wyjdzie mi na zdrowie. Batoniki, czekoladki, nawet chipsy! [sic!] O serach, jogurtach, maśle nie wspomnę - bo wiadomo. A moja dotychczasowa dieta to przede wszystkim mleko, sery, jogurty. Znacznie łatwiej byłoby mi przejść na wegetarinizm niż na bezmleczną. Nawet begzlutenowa jest łatwiejsza, bo można znaleźć zamienniki lubianych produktów. A jaka jest alternatywa dla mleka krowiego? Marna - jak dla mnie.

  • Mleko kozie - jest smaczne. Gorsze w smaku niż krowie, ale naprawdę niezłe. Byłoby dobrą alternatywą gdyby nie fakt, że… nie powinnam go pić. Mimo iż jest mlekiem uznawanym za hipoalergiczne - nie należy używać go w nadmiarze, bo może nastąpić reakcja krzyżowa - i jeszcze gorsze uczulenie niż dotychczas. Wolę nie ryzykować.

  • Mleko sojowe - d… nie urywa, ale od biedy ujdzie. Właściwie jedno ze smaczniejszych mlek roślinnych. Niestety soja nie wpływa najlepiej na moją tarczycę - jest niewskazana przy chorobie Hashimoto, więc nie powinnam stosować jej jako zamiennik, raczej od święta. Kupiłam zatem dwa jogurty sojowe o smaku waniliowym - już zjedzone. Deserki czekoladowe też są niczego sobie.

  • Mleko ryżowe - szczerze? Próbowałam się do niego przekonać - na marne. Przekonało mnie jedynie to o smaku czekoladowym. Co do naturalnego i waniliowego - nie zyskały mojej aprobaty. Chociaż to chyba zależy od firmy, bo jedno z waniliowych było ciut lepsze. Natomiast jako dodatek do naleśników, ciast, koktajli sprawdza się znakomicie. Nie ma intensynwego smaku i zapachu co działa na plus.

  • Mleko migdałowe -  nie umiem zrozumieć jak moja mama może je pić. Moim zdaniem jest w smaku naprawdę ohydne. Chyba najgorsze z dotychczasowych. Bardzo chciałam się do niego przekonać, ale nie dałam rady.

  • Mleko owsiane - kakaowe - pyszne. Najlepsze smakowe mleko z roślinnych. Natomiast zwykłe, bez dodatków smakowych szału niestety nie robi. Sprawdza się jako dodatek np do koktajli, czy naleśników.

  • Mleko quinoa - niesmaczne. Poziom migdałowego, jak na mój gust. Ma charakterystyczny smak i zapach, który skutecznie zniechęcał mnie do dalszej jego konsumpcji. Próbowałam zużyć je dodając do koktajlu bananowego, ale i jego smak jedynie obrzydzało.

  • Mleko kokosowe - próbowałam kupnego, z puszki. Płynna część zostaje na dole, a u góry tworzy się stała konsystencja. Można ją wymieszać i stosować jako dodatek do dań, ale do kawy średnio się nadaje.  Natomiast ja postanowiłam pójść za ciosem i zrobić wersję homemade, która okazała się całkiem smaczna - i znacznie lepsza niż wersja sklepowa. Myślę, że to najlepsze mleko roślinne, ale jakoś mi się nie chce codziennie go produkować :) ps. ostatnio spróbowałam też mleka kokosowego z kartona - o znacznie mniejszej procentowo zawartości

mleko kokosowe mojej produkcji

  • Mleko… moje - tak, piłam moje mleko. Nie jest dla mnie obrzydliwe i nie miałam żadnych oporów przed jego spróbowaniem. Porównywanie mleka ludzkiego do innych wytworów ciała jak np. mocz (a niektórzy mają takie podejście) to w moim przekonaniu nieporozumienie. Przecież to najlepszy posiłek jaki możemy dać niemowlęciu. Dlaczego więc miałby mnie obrzydzać zdrowy, pełnowartościowy napój, którym karmie własne dziecko, skoro nie obrzydza mnie mleko śmierdzącej krowy czy kozy? :) Przyznam, że początkowo moje mleko było naprawdę smaczne. Słodkie, kremowe, jak śmietanka. Teraz nadal jest dość tłuściutkie, choć lżejsze niż w pierwszych tygodniach. I zmienił mu się smak, ma dość dziwny posmak i już mnie nie satysfakconuje. A szkoda, bo byłaby to doskonała alternatywa dla krowiego i na pewno nie uczulająca…


Ostatnio staram się więc jadać więcej owoców i warzyw. W ramach słodkości - zajadam się deserkami Hipp dla niemowląt od 4. miesiąca życa :P Ograniczony do tej pory gluten wrócił w nieco (!) większych ilościach do jadłospisu, bo dieta bezglutenowa i bezmleczna to nieco za dużo jak na moje barki (i dodatkowo bez soi - która jest zastępnikiem mleczno-mięsnym w daniach wegańskich) . Mięso także jadam - tylko kurczak, indyk, ewentualnie wieprzowina. Z powodu potencjalnego uczulenia na białko krowie - zrezygnowałam całkowicie z wołowiny i cięleciny, których i tak specjalnie nie jadałam.




Co odpowiadam na sugestie, że skoro moja dieta jest tak ograniczona to i dieta dziecka karmionego  piersią taka będzie? Otóż, jak wykazały badania - podstawowy, odżywczy skład mleka matki jest stały, niezależnie od diety. Mleko matek europejskich i afrykańskich różni się niewiele, podobnie mleko matek otyłych i niedożywionych. Mleko matki jadającej tłusto jest tłustsze, to prawda. Natomiast pokarmu u matki jadającej lżej - jest z reguły więcej. Po to, aby zrekompensować zawartość tłuszczu - jego ilością. Aby w mleku zabrakło odżywczych i niezbędnych składników - musiałabym być więc skrajnie głodować. Odpowiednia dieta matki karmiącej jest więc potrzebna przede wszystkim po to, abym ja była dobrze odżywiona i nie chudła, bowiem wszystkie najważniejsze składniki na pierwszym miejscu odpłyną wraz z moim mlekiem. Działa to podobnie jak w ciąży - wszystko co najlepsze w pierwszej kolejności dostaje dziecko w łonie.

Reasumując - czekam na bezmleczne, bezsojowe propozycje śniadań, obiadów i kolacji :)