sobota, 11 października 2014

Update. "Co u nas?" oraz wakacyjnych zdjęć ciąg dalszy.

Nie piszę, nie piszę… za długo nie piszę. Wiem. Walczę z czasem. Priorytetem niestety w tym momencie jest dla mnie Zuzanna Fotografuje i wyrobienie się w terminie z oddaniem materiału klientom. A nowe sesje zdjęciowe wciąż się realizują, stare się obrabiają… Taaak… "Się". Oczywiście ja fotografuję, a potem godzinami siedzę i obrabiam. Obróbka może mieć miejsce tylko w godzinach wieczornych, kiedy nasza latorośl już słodko śpi, a chyba każda matka młodocianego poniżej roku potrafi sobie wyobrazić jak bardzo "się chce" o godzinie 20.00, po całym dniu opieki nad dzieckiem jeszcze pracować co najmniej do 1.00 w nocy… Kiedy na dodatek mały ząbkuje (mamy już wszystkie jedynki, a teraz wygląda na to, że wyrzynają się dwójki) i w najgorszym razie budzi się co 2-3 godziny na mleczko. Mam to szczęście, że dużo pomaga mi moja mama, która praktycznie codziennie wychodzi z małym na spacer, a czasem i kilka razy w tygodniu spędza ze mną dzień. Wtedy zdarzy się, że i w ciągu dnia uda się gdzieś tą jedną czy dwie godzinki ukraść na pracę nad zdjęciami, ale na dłuższą metę nie chcę mojej mamy tak wykorzystywać… Chyba będę musiała zatrudnić niańkę, żeby przychodziła choćby na kilka godzin w ciągu dnia, bo codzienną pracą w godzinach 20.00-1.00 w nocy można się zajechać, zważywszy, że mały ostatnio nie daje mi spać dłużej niż do 7.30.

W międzyczasie przytrafiła mi się również dekoracja ślubu w ramach Wilga i Kruk, oraz zatrucie pokarmowe, jak mniemam wynikłe z zarażenia jakimś rotawirusem, ponieważ Mieszko dwa dni przede mną przechodził coś podobnego, tylko znacznie łagodniej. Mnie napadły mdłości, biegunka, dreszcze i wymioty, które trwały na szczęście niecałą dobę. Niestety w nocy Gniewko budził się dwukrotnie, a ja najpierw musiałam iść zwrócić w ostateczności znikomą zawartość mojego żołądka przy akompaniamencie jego ryków, następnie zdezynfekować się, umyć i zmienić piżamę, co trwało ponad 5 minut nieustannego wycia dziecka. Dopiero po uprzednim wykonaniu tychże czynności byłam w stanie iść go nakarmić bez stresu, że mi się, że się tak nieelegancko wyrażę - bełtnie - podczas karmienia… Ale muszę się pochwalić, że mimo, iż zarówno ja jak i Mieszko zachorowaliśmy i mimo, iż oboje mieliśmy bliski kontakt z małym w tym czasie - Gniewko ostał się zdrów jak ryba! Fakt, że od urodzenia nie miał nawet kataru - ale tego rotawirusa naprawdę się bałam, mimo iż był szczepiony. Jednak jestem przekonana, że to zbawienny wpływ mojego mleka - nie od dziś wiadomo, że ono działa leczniczo w takich sytuacjach, a na wszystkie wirusy i bakterie, z którymi dziecko ma styczność - wytwarzają się przeciwciała. Dlatego  - żeby Wam Broń Boże do głowy nie przychodziło odstawić na czas swojej choroby dziecko od piersi!

Ostatnio mieliśmy też spotkanie z fizjoterapeutą, bo choć żaden z trzech lekarzy, którzy Gniewka w ostatnich miesiącach oglądali nie zarzucił mu nic pod względem neurologicznym czy ruchowym (łącznie z neurologiem), to ma on wciąż problem ze stabilnym siedzeniem, choć zgodnie z normami ma jeszcze na to ostatni tydzień czasu (do ukończenia 9 miesiąca) … Wszystkie lekarki jak jeden mąż twierdziły - super, super, załapie w swoim czasie, świetnie się rusza, fajny jest - ale ostatnia zasugerowała, że chociaż zakłada, że w normie się zmieści z tym siadem, to żeby mu pomóc nie zaszkodzi by fizjoterapeuta pokazał jakieś ćwiczenia usprawniające. A fizjoterapeuta przyszedł i powiedział, że on się dziwi, że lekarze nic nie zauważyli, bo na jego gust Gniewko ma nieco obniżone napięcie mięśniowe w centrum korpusu i dlatego właśnie ma problem z prawidłowym utrzymaniem sylwetki w czasie siedzenia, i że gdyby to wcześniej ktoś zauważył, to już by dawno mogło być skorygowane… A tydzień wcześniej byłam z nim u neurologa dziecięcego, który nic takiego nie zauważył...? Tak czy siak od czwartku próbujemy powtarzać ćwiczenia, które nam pokazał rehabilitant, a i bez tego widać, że postępy są, choć nadal nie osiągneliśmy perfekcyjnego siadu ;)

Jeśli chodzi o pozostałe umiejętności takie jak pełzanie i postawa do raczkowania - zostały opanowane do perfekcji, więc nasze mieszkanie nie ma już przed Gniewkiem tajemnic. Odkrywa wszystkie kąty i zakamarki, a także sam bawi się krążkiem, który sam sobie rzuca i po który sam "biegnie", natomiast gdy jest w domu u swoich dziadków to gania za kotami :) Poza tym turla się niemożliwie, nie da się go spokojnie przewinąć czy wykąpać, bo ciągle przewraca się na brzuch. Opanował też chwyt pęsetowy, który ćwiczy na najdrobniejszych paprocach z podłogi no i gada jak najęty: "mamama", "bababa", "dadada", "gęgęgę", "gagaga", "dziadziadzia", "nienienie". Ewidentnie to ostatnie słowo powtarza gdy jest niezadowolony i jest ono oznaką marudzenia... :)

A poniżej kolejna tura zdjęć z Niemiec…

































środa, 17 września 2014

Niemcy. Wakacje. Sceny z….



Przebyliśmy razem ponad 1600 km w obie strony. Gniewko zniósł to niesłychanie dobrze. Robiliśmy przerwy co 2-3 h i jakoś zleciało. Mimo strasznych korków w drodze powrotnej.

I znów brakuje mi czasu. Wróciłam chora. Przeziębiona. Na szczęście Gniewko wciąż zdrów jak ryba. Rosną nam kolejne dwie jedynki - u góry, bez większych problemów. Zaczęło się też pełzanie na całego. Do przodu, do tyłu, w lewo i prawo. Nieważne w jakim stylu, grunt, że dorwie wszystko w zasięgu wzroku. Co tylko wpadnie mu w oko. Przy okazji wyskoczyły nam znów czerwone plamy na policzkach, rozważam czy to po pomidorze czy może znów po pół łyżeczki kaszy manny… a może jeszcze po czymś innym?



Tydzień w domku w lesie. Rodzinnie. W szóstkę. Rodzice, mama Mieszka, ciocia i my. Mnóstwo grzybów, ryb, wiewiórek i królików. Ale jedliśmy tylko te pierwsze. Tydzień z basenami - pierwszy raz Gniewka w tak dużym zbiorniku wodnym. I nauka pluskania się w wodzie. W końcu zrozumiał, że to może być naprawdę niezła zabawa. 



Było też trochę zwiedzania, trochę zabawy na karuzelach i rollercosterach w Heide Parku. Czasem słońce, czasem deszcz. Czasem nawet ulewa. I dużo wypoczynku. Piękny tydzień.



Ja niestety wieczorami pracowałam, żeby się jakoś wyrobić z obrabianiem zdjęć i robię to nadal. Dlatego w ramach przerywnika - kilka scen z naszych wakacji. Na razie część pierwsza.






środa, 3 września 2014

Urlop.



W piatek wybywamy rodzinnie na caaały długi tydzień. Do Niemiec. Z tej okazji wyrobiliśmy Gniewkowi dowód osobisty :) Dlaczego dowód, a nie paszport? Prosta sprawa - wyrobienie dowodu jest znacznie szybsze, prostsze i tańsze. W zasadzie kosztuje tylko tyle, co zrobienie zdjęcia u fotografa. Oczywiście można też próbować samemu, zwłaszcza jak się jest fotografem [sic!], ale… stwierdziłam, że to ustawianie z półprofilu na siłę to nie w moim stylu i zwaliłam robotę na kogoś innego. Ja trzymałam Gniewka, siedzącego na stołku a moja mama stała z boku robiąc śmieszne miny, a Gniewko się uśmiechał i taki otrzymaliśmy efekt pracy zespołowej:


Wyszło dość zabawnie, jak widać.

A poza tym padam z nóg, bo ostatnimi czasy słabo się wysypiam nocą. Obrabiam zdjęcia, karmię dziecię i tak w kółko… Urlop mi się przyda.




poniedziałek, 1 września 2014

Nie masz czasu na śniadanie?

Tak, wiele razy słyszałam z ust młodych matek (ze swoich ust także ;): "Nie mam czasu nawet zjeść śniadania". Mnie też się to zdarza. Nie mniej chciałabym zaproponować Wam superszybkie rozwiązanie na bardzo skuteczne, poranne zapełnienie żołądka. Przygotowanie mojego magicznego trunku zajmuje może kilka sekund więcej niż zalanie płatków mlekiem, ale za to konsumpcja jest znacznie  szybsza od kilkuminutowego wiosłowania łyżką.

Choć od czerwca odpuściłam sobie dietę bezmleczną, to do śniadania w postaci mleka z płatkami lub musli - do tej pory nie wróciłam. Od jakiegoś tygodnia zajadam się wprawdzie owsianką na wodzie, zalaną niewielką ilością mleka, ale przez wiele tygodni był to dla mnie zakazany owoc. Uwierzcie mi, że osobie, która do tej pory jadała na śniadanie jedynie produkty mleczne (albo kawa z mlekiem, albo mleko z płatkami, albo chleb z serem, albo twarożek…) - ciężko jest wymyślić coś innego, a zwłaszcza kiedy nie ma na to czasu.

Zanim przeszłam na dietę bezmleczną przepadałam za szybkim koktajlem bananowym, robionym oczywiście na mleku. Postanowiłam więc "przerobić" go dla siebie w bardzo prosty sposób - dodając zamiast mleka krowiego - mleko roślinne. Próbowałam wersji z mlekiem kokosowym, z kaszy quinoa i ryżowym. Muszę przyznać, że zdecydowanie najbardziej polubiłam wersję z mlekiem ryżowym o smaku waniliowym. Jeśli dodatkowo, po nieprzespanej, ciężkiej nocy chcecie postawić się na nogi - polecam dolać do koktajlu, magicznego eliksiru w postaci filiżanki espresso.

A oto mój koktajl, którego wykonanie zajmie wam ok. 3 minuty, a wypicie ok. 1 minuty ;)


KOKTAJL BANANOWO-KAWOWY BEZMLECZNY
2 banany
300 ml mleka ryżowego o smaku waniliowym
(opcjonalnie) filiżanka espresso
blendujemy i gotowe!



… i wymówki, że brakuje czasu - już nie ma :) Smacznego!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

7 miesiąc!



7 miesięcy minęło… ponad tydzień temu. A ja - nic nie poradzę, ale wciąż brak mi czasu. Nie odkopałam się dotąd spod sterty zdjęć ślubnych do obrobienia, a doszły jeszcze kolejne… :) Zapowiedziane aż do połowy października… A może i jeszcze dojdą jakieś nowe… Tymczasem zapraszam do oglądania efektów na Zuzanna Fotografuje i mój fanpejdż na Facebooku :)



Mamy za sobą pierwszą próbę podania preparatu mlekozastępczego Nutramigen, zakończoną… fiaskiem. Nie, nie planuję zakończyć karmienia piersią. Po prostu strasznie wolno idzie mi odciagnie mleka i prawdę mówiąc nie mam czasu i chęci tego robić na raty (ściągając po 30 ml za jednym razem)… a w zeszłą sobotę miało mnie nie być w domu ponad pół doby, ponieważ robiłam zdjęcia na ślubie. Postanowiliśmy spróbować z Nutramigenem - niestety Gniewko zareagował histerycznie i za nic nie dał się przekonać. Ociupinkę zmieszanego z moim mlekiem wypił i na tym się skończyło. W rezultacie tego dnia był tylko na wodzie, soczku jabłkowym i słoiczkach… Następnym razem będę się musiała poświęcić i odciągnąć więcej, chyba, że zdarzy się jakiś cud i przekonamy go do Nutramigenu, ale wątpię.



Rozszerzanie diety idzie nam dobrze, chociaż był mały problem. Chyba z glutenem. Powróciły krostki na policzkach, choć nie tak mocne jak kilka miesięcy temu - ale coś ewidentnie jest na rzeczy. Ja już nie jestem na diecie, choć zdecydowanie rzadziej jem jaja i piję jednak mniej mleka. Wydaje mi się jednak, że te zmienione policzki mogły mieć związek z glutenem, który zaczęłam wprowadzać - w za dużych ilościach. Zamiast pół łyżeczki kaszki manny - na 3-eci dzień zafundowałam mu aż dwie! W prawdzie była to już ugotowana kaszka, a nie w proszku, ale jednak - przesadziłam, bo źle zrozumiałam wytyczne. I prawdopodobnie taka była reakcja. Na razie gluten odpuściłam, czekając aż policzki wrócą do normy i są już lepsze. Aktualnie w zastępstwie spróbowałam podać mu kilka razy kaszkę bezglutenową i bezmleczną (żadnych produktów mlecznych też jeszcze nie podawałam).



Gniewko miał już okazję spróbować marchewki, groszku, kalafiora, pasternaku, brokuła, ziemniaka, szpinaku, ryżu, kurczaka, indyka, jabłka, gruszki, jagody, banana, kaszki bezglutenowej i bezmlecznej…no i tej nieszczęsnej kaszy manny. Jestem póki co ostrożna jeśli chodzi o alergeny - śledzę uważnie składy i boję się zbyt dużej liczby składników oraz dodatków typu seler. Kiedy Gniewko porządnie usiądzie mam w planach próby z BLW, ale powinnam chyba najpierw zapoznać się z książką o tej metodzie, a nie mam na to specjalnie czasu. Niestety póki co Gniewko nie siedzi samodzielnie i stabilnie, a jedynie z oparciem, lub podtrzymywany. Chwytanie i wsadzanie sobie przedmiotów do buzi ma za to opanowanie doskonale. No i idą mu kolejne zęby, bo jak wspominałam - dwie dolne jedynki są już z nami od miesiąca :) Ostatni miesiąc to ewidentnie czas dużych zmian - choć może nie ogromnych, bo przełomu w postaci prawdziwego raczkowania jeszcze nie było, a stabilnego siedzenia też póki co - brak.



Ale mamy się czym pochwalić, bo Gniewko:
  • podnosi się często na wyprostowanych rękach
  • odpycha się do tyłu, leżąc na brzuszku z wyprostowanymi rękami
  • bardzo rozwinął się ruchowo i całkowicie swobodnie i szybko obraca się wokół własnej osi
  • zrobił się jeszcze bardziej spostrzegawczy
  • rozwinął chwytanie - potrafi złapać naprawdę niewielkie przedmioty
  • w końcu zaczął porządnie gaworzyć, łącząc ze sobą sylaby! dokładnie w dniu, w którym skończył 7 miesięcy :) ga ga ga, da da da, ba ba ba, a ostatnio, gdy jest niezadowolony mówi - nie nie nie (poważnie!)
  • resztę umiejętności z poprzedniego miesiąca ciągle rozwija i doskonali z każdym dniem
czerwiec 2014. fot. Madzia Garncarek










środa, 6 sierpnia 2014

Kilka słów o tym "dziwacznym" wózku, czyli recenzja X-Lander X-Run ;)



W końcu przyszedł ten czas, że i my przesiedliśmy się na spacerówkę, choć dość niepewnie i bez przekonania. Czemu?

Ponieważ Gniewko jeszcze nie siedzi samodzielnie i stabilnie, a nasz wózek nie rozkłada się niestety całkiem na płasko. Nachylenie jest takie, jak w naszym bujaczku Tiny Love w pozycji siedzącej, więc ostatecznie zdecydowałam się na ten jakże poważny krok, bo Gniewko ledwie mieścił się w gondolce, a w dodatku strasznie go irytowało, że musi ciągle leżeć.



Już jakiś czas temu szykowałam się do napisania recenzji naszego wózka, bo wiele osób pytało mnie o zdanie na jego temat. Stwierdziłam jednak, że do tego potrzebne jest poznanie wszystkich 3-ech jego odsłon (gondolka + nosidło - w naszym przypadku Cybex + spacerówka). Teraz jednak znam już wszystkie jego plusy i minusy i jestem gotowa by Wam je pokrótce streścić.

Jesteśmy posiadaczami wózka X-lander X-run. Jest to wózek przeznaczony dla aktywnych rodziców, reklamowany tu i ówdzie jako wózek do biegania, ale już z instrukcji dowiemy się, że nie do biegania, a do joggingu (czyli hola, hola, nie tak szybko!). My mamy model zeszłoroczny -  w tym sezonie (2014) zmieniły się kolory obić na nieco ciekawsze. Ja w prawdzie od początku celowałam w model grafitowy, stonowany, jednak gondolka z powodu braku innych w sklepie - trafiła mi się w kolorze beżowym.



Na początek opis ze sklepu internetowego:

Idealne rozwiązanie dla rodziców ceniących sobie sportowy styl życia. Lekka rama, specjalnie dopasowane koła i dodatkowy hamulec – to tylko niektóre cechy, dzięki którym wózek zawsze dotrzymuje kroku aktywnym rodzicom.
Najważniejsze cechy wózka X-Run:
  • Lekka rama typu jogger pomoże Ci łatwo przenieść wózek w dowolne miejsca, a jednocześnie umożliwi szybkie przemieszczanie się z dzieckiem.
  • Koła ustawione pod kątem zapewniają stabilność nawet przy większej prędkości.
  • Hamulec ręczny, niczym w rowerze górskim, pomoże zatrzymać Ci wózek nawet przy dużej prędkości.
  • Dzwonek w rączce zadzwoni, gdy tylko będziesz potrzebować poinformować przechodniów, że razem z dzieckiem zbliżacie się i prosicie o ustąpienie miejsca.
  • Duży kosz na zakupy wesprze Cię podczas zakupów i wypraw poza miasto.
  • Pompowane i zdejmowane koła zapewnią amortyzację Twojemu dziecku na najbardziej nierównych terenach

Parametry techniczne wózka X-Run:

  • waga wózka w wersji spacerowej 11,8 kg
  • waga stelaża 8,6 kg
  • waga gondoli 4,2 kg



Zdecydowaliśmy się na ten wózek, bo Mieszko zażyczył sobie wózek do biegania. Jest ich trochę na rynku, ale większość jest jednak droższa, szczególnie te profesjonalne, do biegania maratonów... Nie będę ukrywać, że mnie się z kolei ten wózek spodobał z wyglądu. Rozważaliśmy też zakup wózka Jane Slalom Pro Reverso, który mieli nasi znajomi, ale… chyba ostatecznie bardziej nam się spodobał X-Lander. Poza tym czuliśmy się lekko zagubieni podczas tych poszukiwań wózka - nie do końca wiedzieliśmy czym się powinniśmy kierować, które firmy są dobre, na które cechy warto zwrócić uwagę...

Ostatecznie zrobiliśmy mały research w sieci, czytając opinie użytkowników i okazało się, że jednak plusy znacznie przewyższają minusy i większość ludzi wypowiadała się na temat X-Runa pozytywnie. Poza tym okazało się, że firma X-Lander jest w Polsce bardzo ceniona i popularna - wielu naszych znajomych okazało się być posiadaczami wózków tej firmy. Zauważyliśmy też, że na naszej klatce są same X-Landery. Niestety nikt nie miał naszego, upatrzonego modelu. Przekonała nas jednak niezbyt wygórowana cena jak na wózek do biegania, oraz lekka i łatwa do składania rama, co przetestowaliśmy w sklepie.

Co mogę powiedzieć z perspektywy czasu? Na pewno to, że Mieszko rzadko z nim biega, bo woli biegać bez wózka ;) Ale może przekona się bardziej do spacerówki, bo po pierwsze z gondolką teoretycznie nie powinno się biegać (czy też oficjalnie - joggingować), a po drugie - wózek w odsłonie gondolowej jest dobrych parę kilo cięższy, co dodatkowo utrudnia szybsze poruszanie.

PLUSY:
- cena niewygórowana jak na wózek typu jogger
- ładny design (to kwestia gustu -  mnie się bardzo podoba, natomiast jego dziwaczne koła bardzo zwracają uwagę przechodniów i przez ostatnie pół roku co najmniej 20 razy słyszałam od przypadkowych osób pytanie 'czy aby te kółka nie odpadną?')
- smukła budowa - w porównaniu do większości szerokich "kobył", na które natykam się na mieście
- lekkość - zwłaszcza sam stelaż i wersja spacerowa.
- uchwyt do przenoszenia gondoli - bardzo się przydał do wnoszenia na drugie piętro tam i z powrotem, choć pod sam koniec nie dało się jej nosić wraz z Gniewkiem bo zrobiła się zbyt ciężka
- możliwość wyprania prawie wszystkich elementów obicia zarówno w gondoli jak i w spacerówce
- stabilność jazdy - idealna przy tego typu wózkach
- łatwość składania - to jest bardzo DUŻY PLUS! w połączeniu z lekkością sprawia, że każda kobieta da sobie z nim radę wkładając do bagażnika
- pompowane i łatwo zdejmowane koła - dodatkowy DUŻY PLUS! - jeżeli masz za mało miejsca w bagażniku to zdjęcie jednego czy dwóch kół, a potem włożenie ich na miejsce nie stanowi najmniejszego problemu. Pompowane koła są też plusem w przypadku gdy chcemy dopasować się do podłoża - jeśli jest wyboiście można lekko upuścić powietrza i zwiększymy tym samym amortyzację
- skórzana rączka z regulacją wysokości (naprawdę ładna swoją drogą)
- okienko w daszku, przez które możemy podglądać dziecko
- łatwość i intuicyjność obsługi
- ręczny hamulec (działa średnio, ale ok… czasem się przydaje) i dzwonek (jak w rowerze… też się przydaje ;)
- ładne, niepstrokate i nieoklepane kolory obicia
- kieszonki w większej ilości i w przemyślanych miejscach (trochę mniej w spacerówce, ale widzę, że nowy model jest lepszy pod tym względem, bo ma kieszonkę przy daszku)
- świetnie sprawdza się na wiejskich drogach, w lesie - jeśli upuści się nieco powietrza z kół
- osłonka na deszcz + dwie moskitiery (jedna do gondoli - biała i druga do spacerówki - czarna) w zestawie

MINUSY:
- brak możliwości rozłożenia siedziska na płasko - główny minus, mimo, że Gniewko zasypia bez problemu na częściowo pochylonym siedzisku
- brak możliwości obracania siedziska przodem do rodzica
- nieskrętne przednie koło - niestety taka jest budowa wózka i taka jest cena jego przeznaczenia do biegania. Żałuję jednak, że koło nie jest skrętne, z możliwością zablokowania na czas biegania. Skrętne koło powoduje, że wózek łatwiej się prowadzi, choć ma i minusy (czasem jest zbyt 'obrotny' ;)
- szybko ścierające się opony
- mało poręczny kosz na dole (ciężko dostępny i niezbyt duży)
- trochę za krótki daszek w spacerówce - przyda się blenda lub parasolka, albo pielucha tetrowa ;)
- "podstępne" tylne koła - wózek w prawdzie robi wrażenie smukłego w zestawieniu z większością szerokich "kobył", ale jako, że koła są nachlone pod kątem, to okazuje się być równie szeroki co kobyły, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka ;) Niestety zmieszczenie się z nim w wąskich alejkach sklepów z ciuchami czy butami - bywa karkołomne
- wózek mało-miejski, bardziej wiejsko-offroadowy, ale to akurat dla mnie plus ;)


piątek, 1 sierpnia 2014

Apple Pie z polskich jabłek bezglutenowe, bezmleczne, bezjajeczne! #jedzjabłka

Postanowiłam dołączyć się do akcji Postaw się Putinowi - jedz jabłka! #jedzjabłka w ramach sprzeciwu wobec rosyjskiego embarga m.i. na polskie jabłka. Zakupiłam więc rzeczone i postanowiłam upiec z nich szarlotkę w stylu amerykańskim. Wyszło mi coś takiego:


… i jest ona całkiem smaczna! A przez wzgląd na moje ostatnie przejścia (choć od miesiąca jem już praktycznie wszystko, ograniczając wciąż spożycie jajek i mleka w czystej postaci), wrażliwa na problemy alergików oraz matek karmiących alergików - postanowiłam, że będzie jeszcze ambitniej! 

Postanowiłam, że upiekę szarlotkę bezglutenową, bezmleczną i bezjajeczną!
Był moment, że prawie się poddałam, z mąką walającą się po podłodze, dzieckiem ryczącym nieopodal i domagającym się uwagi, jabłkiem rozbryzganym na blacie kuchennym i ciastem poprzyklejanym do wszystkich możliwych powierzchni, ale… udało się! Choć łatwo nie było...

Jak widać...

Inspirowałam się kilkoma przepisami znalezionymi w internecie (zwłaszcza tym), ale zmodyfikowałam je na własne potrzeby. 

Generalnie nie przepadam za mąką pszenną, choć aktualnie nie jadam stricte bezglutenowo. Nie oszukujmy się, ale mąka pszenna jest najmniej zdrową z wszystkich dostępnych mąk. Jeżeli wolicie mąkę glutenową, to bardziej polecam żytnią. Oczywiście kruche ciasto znacznie łatwiej jest zrobić z mąki pszennej, niż jakiejkolwiek innej.... Ale w końcu miało być ambitnie! No i wyszło kruche.

Być może sprawdziłaby się również mąka ryżowa, ale tym razem postawiłam na gryczaną z dodatkiem kukurydzianej (można bez kukurydzianej). Zamiast masła (w końcu miało być bezmlecznie) - skorzystałam z oleju. Tak więc - do dzieła!


Składniki:

Ciasto:
400 g mąki gryczanej (można bez kukurydzianej - wówczas 500 g)
100 g mąki kukurydzianej 
niecała szklanka cukru trzcinowego
1/2 szklanki wody
1/2 szklanki oleju
łyżeczka cukru z wanilią (nie używam wanilinowego, tylko naturalnego)
można dodać 2 łyżeczki proszku do pieczenia (ja nie dodawałam)

Nadzienie:
3 jabłka
ok. 2 łyżki płatków ryżowych (do posypania ciasta)
ok. 3 łyżki dżemu morelowego (nie trzeba)
cynamon

1. Składniki ciasta mieszamy na jednolitą masę


2. Zostawiamy trochę ciasta na dnie miski, żeby móc zrobić z niego później paski na wierzch. Resztę ugniatamy w kulę, ale ważne by wcześniej posypać dłonie mąką, zanim dotkniemy ciasta (jest baaaardzo lepiące, więc dłonie muszą być suche i najlepiej z mąką). Blat i wałek również musimy posypać mąką, aby ciasto się do nich nie przykleiło (koniecznie - nie żałujcie jej!).  Rozwałkowujemy i wycinamy okrąg, który przekładamy do foremki, uprzednio posmarowanej olejem.

3. Ścieramy na tarce jabłka, odsączamy nadmiar soku, dodajemy do nich dżemu morelowego i cynamonu wedle uznania. 

4. Posypujemy ciasto w foremce płatkami ryżowymi, żeby nie nasiąknęło za bardzo sokiem z jabłek, następnie kładziemy na nie nadzienie.

5. Z reszty zostawionego ciasta wycinamy paski i kładziemy na górę dla ozdoby.


6. Wsadzamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na 45 minut.


W międzyczasie sprzątamy syf, który zostawiliśmy w kuchni ;)


A po 45 minutach otwieramy piekarnik i… GOTOWE!


Gniewko w prawdzie nie próbował, ale za to chwali się swoimi dwiema dolnymi jedynkami, które ledwo co wyjrzały mu znad dziąseł ;)